piątek, 30 grudnia 2011

O autorkach.

Muchomorek wstała z krzesła i przeciągnęła się. Już od kilku godzin siedziała przed komputerem stukając w klawisze. Duśka… Czocher… Megi… Każda z nich musiała mieć swoją rolę. Dziewczyna z nostalgią wspominała chwile, gdy Opowiastki były niezależnym wyrazem fantazji autorek. Na hasło „Nowe.” dziewczęta z forum ruszały, by przeczytać nową porcję opowiadań. Niestety, z czasem Opowiastki przyjęły rolę koncertu życzeń, a Muchomorek i Czereśnia jedynie odtwarzały, zamiast tworzyć nowe.

Tym razem padło na Czochera. Muchomorek w przypływie weny kreśliła losy bohaterki.

- może tym razem utrzemy nosa Dusi? – zachichotała.

Tym razem w świecie Opowiastek Czocher wspięła się na Mount Everest, ryzykując życiem. Zdetronizowała Dusię i zdobyła wielką fortunę, którą szybko odebrała jej przebiegła Carolli, metodą „na wnuczka”. Sprawczyni pozostała nieuchwytna.

Autorki bloga po publikacji zniecierpliwione obserwowały forum. Niestety, nowa historia nie przypadła do gustu każdemu.

Pierwsza napisała Niuta:

Nudne, nie ma mnie. Chcę siebie i mojego męża!

Niucie wtórowała Dusia

Zdecydowanie za mało mnie, nie czytam tego!

Marchewka narzekała

Nie odgrywam roli autorytetu!

Czocher skwitowała krótkim

Może być.

Muchomorka bolała duma. Tyle pracy włożyła w spisanie swoich myśli, które nie zostały docenione. Dziewczyna wzięła do ręki telefon.

- halo, Czereśnia? Czuję wyzwanie. Masz zlecenie na Dusię i Niutę. Zrób z Duśki sukę, a Niucie dołóż Manuela. Marchewka może obronić pracę magisterską.

- się robi. – odparła Czereśnia, jednocześnie stukając w klawiaturę.

Czereśnia odwaliła kawał dobrej roboty. Zaserwowała czytelnikom dużą dawkę Duśki znęcającej się nad Pupkiem i radosną Niutę adorowaną przez Manuela. Urok postaci zwalał z nóg nawet sceptycznego zwykle Muchomorka. Dziewczęta opublikowały kolejne dzieło. Na komentarze nie musiały długo czekać:

Megi

Gdzie ja?

Igas

W etykietach wyprzedzają mnie Duśka, Czocher i Niuta. Dlaczego nie piszesz o mnie?

Malinka

Gdzie ja i Merlin?? Wpisz go gdzieś, daj mu epizod, BŁAGAM!

Marchewka

Wolałabym doktorat.

Na szczęście goryczkę łagodziły pozytywne, choć nie przesadne komentarze Duśki i Niuty, które były zadowolone z tego odcinka.

- faktycznie, dawno nie było Merlina. – stwierdziła Czereśnia, krzywiąc się na widok niezadowolenia czytelniczek.

- nie możemy za każdym razem pisać o wszystkich, ale możemy wpleść jakieś epizody. Sprzedawca lodów, czy coś. – zaproponowała Muchomorek, wpisując nick Gaby w etykiety nowej historii.

Nowa opowiastka poświęcona została w całości Merlinowi i Malince. Gościnnie udział wzięły Megi, Igas i Gaba, która już wcześniej wyrażała niezadowolenie ze swej nieobecności.

Tym razem Malina była wniebowzięta, postanowiła jednak wyrazić krytykę:

Nie podoba mi się to, co robi Merlin w trzecim akapicie! Dlaczego nie mogę się z nim zabawiać? Oprócz tego miód.

Gaba

Jestem zasranym epizodem.

Nieznany pokemon

Dlaczego piszecie tylko o elicie??

Dobi

Piszcie TYLKO o elicie! Zero plebsu!

Dziewczęta pracowały w pocie czoła. Starały się zadowolić każdą czytelniczkę. Zaczęły zaniedbywać szkołę i zbierać złe oceny. W klubie panowała atmosfera niezdrowej rywalizacji. Każda z dziewczyn chciała zostać opisana na blogu i prowadzić w rankingu popularności.

Dusia

Stanowczo za mało mnie! Kolejna opowiastka powinna być moją biografią. Płacę z góry.

Czocher

Nie słuchajcie Dusi, tego żala. Zamawiam 20 opowiastek na dni…

Malinka

Poproszę o zmianę zachowania Merlina w nowej opowiastce!

W ten oto sposób Opowiastki przekształciły się w firmę „Opowiastki Sp.z.o.o.”, czyli prywatną agencję reklamową uczestniczek klubu. Cała fabuła straciła polot, opowiastki zajmowały najwyżej jedną stronę A4, a autorki nie sypiały po nocach starając się zaspokoić potrzeby czytelnicze dziewczyn.

Wtedy do akcji wkroczyłam ja, czyli Bażant

- co to ma znaczyć?

Muchomorek i Czereśnia siedziały jak na dywaniku u dyrektora.

- nie widzicie dokąd to prowadzi?? Stałyście się (średnio) opłacanymi niewolnikami!

- ale Bażant, my nadal piszemy co chcemy! – zaczęła Muchomor

- wydaje ci się. Zobacz co narobiłyście! Ty jesteś zagrożona z chemii, Czereśnię wyrzucą ze szkoły za wagary… od Duśki i reszty dostajecie psie pieniądze. Opłaca się? Jeszcze chwila, a ujawnicie swoją tożsamość.

Nad Opowiastkami zawisły czarne chmury. Na szczęście czujna Bażant trzymała rękę na pulsie.

- zbierzcie zamówienia. Zrobimy niezłą zabawę.

I tak też zrobiły. Dusia życzyła sobie królestwa i braku litości dla Pupka, Marchewka pięknego samca, Czocher wymagała obecności swojej i Putina, Malinka błagała o seks z Merlinem, Niuta chciała ślubu z Manuelem, Dobi Wersalu, a innych bohaterek było tyle, że długo wymieniać. Niedoczekanie ich.

Stardollowa spółka z przyzwyczajenia rozpoczęła lekturę bloga, ziewając i pilnując, czy wszystkie zamówione szczegóły się zgadzają.

Duśka łkała gorzko, przeżywając klęskę i upadek z tronu. Pupek śmiał się szyderczo.

Prawdziwa Dusia opluła monitor.

Carolli otrzymała ocenę niedostateczną z matematyki.

Carolli przed komputerem nie mogła uwierzyć.

Malina nie mogła uwierzyć. Jej Merlin z cycatą blondyną… w jej łóżku??

Malinka dostała ataku histerii

Niuta zamknęła oczy. Już miała zakosztować miękkich ust Manuela, gdy poczuła coś niebezpiecznego w gardle. Nie mogła już nic zrobić. Zanim się zorientowała, gaz błyskawicznie opuścił jej gardło i odbiło jej się. Manuel był zniesmaczony.

Niuta zemdlała.

Po tym incydencie wszystko wróciło do normy. Opowiastki znów były niezależne i niezawisłe. Amen.

Interpretację pozostawiam wam.

Tym razem nie ujawniłyśmy kim jesteśmy. Uważajcie jednak, następnym razem możemy nie być tak dyskretne.

Dobciuszek

Pucu pucu, myju myju.
- długo jeszcze będziesz szorować tę podłogę? Ten dźwięk mi przeszkadza! – rzekła zła siostra numer jeden, pijąc swą jadowitą jak ona sama herbatkę.
- już kończę! – odparła zdyszana Dobi, wstając z trudem.
- nie zapomnij o śniadaniu, robię się głodna! – zła siostra numer dwa wyciągnęła nogi na stół i rozkoszowała się widokiem zapracowanej dziewczyny. Złe siostry nie były prawdziwymi siostrami Dobi. Były parszywym gratisem w pakiecie z ich jeszcze bardziej parszywą macochą, która zagięła parol na jej ojca, gdy mama dziewczyny pożegnała się z tym światem. Dziś Dobi nie miała lekkiego życia. Każdego dnia wstawała o piątej rano, by napalić w piecu, wyszorować podłogę, zrobić siostrom śniadanie (macocha stosuje dietę lekką-fit), posprzątać, pozmywać, zrobić zakupy, posprzątać, umyć okna, poodkurzać, podać obiad, pozmywać… reszty się domyślacie.
Pewnego dnia jednak, do domu naszej bohaterki przyszło imienne zaproszenie na wielki bal. Podniecone siostry poprosiły swą matkę o pozwolenie na udział.
- ależ oczywiście, moje drogie. Jesteście najpiękniejsze i najmilsze na świecie! Idźcie, a nuż książę zakocha się w którejś z was! – zapiała zachwycona mama-Agnieszka do swych robaczywych córek
- tak, tak! – zawtórowała jej siostra numer jeden-Czocher i zatopiła się w fantazjach na temat uroczystości.
- potrzebuję nowej sukni! – tupnęła ze złością siostra numer dwa-Dusia i jej wzrok od razu powędrował ku biednej Dobi – Ty mi ją uszyjesz!

Nie było wyboru. Alternatywą był jedynie szlaban na jedzenie i oddychanie. Zaradna Dobi przywdziała więc białą pelerynkę i porwała koszyczek z pieniędzmi. Ruszamy na poszukiwanie tkaniny!
Droga do miasta wiodła przez las. Dobi pokonywała ją w podskokach, ze śpiewem na ustach. Nie podejrzewała nawet, że tuż za rogiem mieszka zły wilk czyhający na jej cnotę.
- Ani kroku dalej! – warknął wilk-Merlin śliniąc się obficie – co tam masz w maj… koszyczku?
- tylko pieniążki na tkaninę, nic więcej… - odparła szczerze Dobi, bez cienia strachu
- a może masz coś innego, co wilk-Merlinek by przekąsił, co? – zaśmiał się donośnie
- mam okulary po dziadku, daltonisto. – to mówiąc, wskazała na swą białą jak śnieg pelerynkę i już miała sprzedać napastnikowi zdrowego kopa, gdy zza krzaków wyskoczyła dziewuszka w czerwonym okryciu.
- wilku-Merlinku, hop hooop! Mam dla ciebie kiełbaski! – krzyknął Czerwony Malinowy Kapturek, wskazując na koszyczek.
- no to sobie pojemy. – wilk-Merlin oblizał się ze smakiem i ruszył w stronę dobrze wyposażonej dziewczynki.

Nasza bohaterka dotarła w końcu na bazar. Przebierając w tkaninach dla sióstr nuciła sobie tylko znaną melodię, gdy jej uszy zarejestrowały kolejną rodzinną kłótnię.
- nie znasz się! Ja zbuduję z drewna, będzie jak w lesie! – zachrumkała dumna z pomysłu Marchewka
- terefere, z drewna. To drogo! Ja wolę zainwestować w słomę, wtedy będę miała pieniądze na inne przyjemności! – fuknęła Igas, kręcąc ogonkiem.
Ryjek Megi wyrażał tylko politowanie.
- róbcie co chcecie. Ja kupuję cegły! – to mówiąc, odeszła w kierunku sklepu budowlanego, a jej kręcony ogonek kiwał się na boki.
Zaskoczona Dobi przetarła oczy ze zdumienia. Gadające świnki? W dodatku jedna z nich ma zielone włosy…
- to się nazywa delirium. – stwierdziła miła staruszka przechodząca obok – mam skuteczną odtrutkę, chcesz?
Oczom Dobi ukazało się najczerwieńsze jabłko, jakie w życiu widziała.
- chciałabym… ale nie mam pieniędzy. – powiedziała nadal zszokowana widokiem świnek Dobi.
- ten egzemplarz możesz mieć gratis – rzekła staruszka i schowała jabłko do koszyczka Dobi
Dziewczynka nie wiedziała co o tym myśleć. Nigdy nie ufała nieznajomym, w dodatku od tej zalatywało kulami na mole… Załatwiwszy sprawunki, bohaterka postanowiła wrócić do domu, w którym czekały już poirytowane siostry i macocha.
- gdzie ty się podziewałaś? A nasze sukienki? – syknęła Dusia
- kupiłam najdroższy i najlepszy materiał na bazarze. Zaraz zacznę szyć.
Tak też zrobiła. Spod jej ręki wyszły trzy piękne kreacje. Brzoskwiniowa dla Dusi, błękitna dla Czochera i krwistoczerwona dla macochy-Agnieszki. Dziewczęta wybrały swoje wyjściowe pantofelki i były już gotowe na bal. Śmiejąc się szyderczo, machały Dobi z taksówki.
- wreszcie mam trochę spokoju. – sapnęła dziewczyna siadając na kanapie
- niedoczekanie twoje!
- kto to powiedział? – zdziwiła się Dobi – może powinnam zjeść to podejrzane jabłko na delirium…?
- ani mi się waż! – krzyknęła mała postać w bieli zeskakując z parapetu
- kim jesteś? – warknęła poirytowana kolejną ingerencją obcych Dobi
- to ja, twoja matka chrzestna! – zaśmiała się perliście Carolli, ukazując białe zęby. – chcesz wiecznie siedzieć w tym domu, jak jakaś niedojda, czy może zabawić się na balu?
- ale nie mam w co się ubrać, o transporcie nie wspominając.
- zdradzę ci pewną tajemnicę. W szkole nazywają mnie McGyver. Znajdź mi kawałek cegły, sznurek, patyk i małą miskę. – szepnęła konspiracyjnie Carolli
Dobi była sceptyczna. Uznała jednak, że nieznajoma nie da jej spokoju, jeśli dziewczyna nie spełni jej prośby. Zebrała zatem wymagane przedmioty i rozłożyła je na trawniku przed domem.
- teraz nie patrz! – zarządziła Carolli.
Dobi posłusznie odwróciła się plecami do Carolli, która tworzyła coś z prawie niczego. Po chwili została poproszona o odwrócenie się.
Dziewczyna zaniemówiła. Zobaczyła najpiękniejszą suknię z kolekcji Marii Antoniny w komplecie z limitowanymi pantofelkami. Na drodze zaś stało nowiutkie Porsche wysadzane diamentami. Za kierownicą siedział oczywiście przystojny szofer w ciemnych okularach.
- baw się dobrze. Tylko nie zapomnij wrócić przed północą! – zachwycona swym osiągnięciem Carolli mrugnęła porozumiewawczo.
Dobi posłusznie wsiadła do samochodu i pomknęli w stronę zamku króla.

Warto wspomnieć o pewnym incydencie, który zdarzył się w drodze na bal. Mknąc przez znajomy las, Dobi zauważyła biegnące postaci.
- ratuuunkuu! – kwiczała świnka-Marchewka przebierając kopytkami
- odejdź precz wilku! – chrumkała przerażona świnka-Igas
No tak. Domki Marchewki i Igas zostały zniszczone przez wilka-Merlina. Drewno i słoma nie stanowiły dla niego żadnej przeszkody. Dobi o złotym sercu postanowiła im pomóc, lecz jedynym przedmiotem pod ręką było jabłko, które dostała na bazarze. Nie namyślając się długo, wycelowała.
Jabłko trafiło wilka-Merlina w głowę.
- dostałem jabłko! Ale smakowite… - i już po chwili nie było nawet ogryzka.
Świnki pochowały się w lesie, a Dobi nie odjechała jeszcze zbyt daleko, gdy magicznie zatrute jabłko zaczęło działać. Twarz wilka-Merlina nabrała koloru zgniłej zieleni. Jedynym ratunkiem były pobliskie krzaczki.
- wilku-Merlinkuu, idziemy na baal? – zaświergotała radośnie Malinka, machając koszyczkiem
- Malinkoo, to chyba nie jest dobry moment. Mam niestrawność! – wilk-Merlinek już żałował pogoni za świnkami – nie masz przypadkiem w swym koszyczku herbatki dla chorego wilka?

Tymczasem panna Dobi dotarła na bal. Zabawy i hulanek było aż zanadto. Na scenie szalał nieokiełznany duet. Niuta darła się do mikrofonu, tańcząc taniec-połamaniec, ku wielkiej radości Manuela, gitarzysty. W końcu para udała się na parkiet, puszczając uprzednio ckliwą balladę z taśmy.
Na sali był tego wieczoru jeszcze ktoś.
Widząc zniewalająco piękną dziewczynę o niemal królewskim obliczu, jego serce zabiło mocniej i szybciej. Podszedł więc do Dobi, prosząc ją do tańca. Dziewczyna, skrępowana nieco, zgodziła się.
Para przetańczyła cały wieczór. Ich walce i tango zdobywały brawa całej sali. Fokstrota jednak oddali wilkowi-Merlinowi i Malinowemu kapturkowi, którzy uporali się już z niestrawnością i przybyli na bal. W chwili przerwy młodzi postanowili zwilżyć nieco usta, wyschnięte od ciągłych rozmów na przeróżne tematy. Sącząc drinka, dziewczyna zauważyła dwie postaci u szczytu schodów.
- Maniu, dziubaasku, chodźmy na górę! – zniecierpliwiona Niuta ciągnęła rękaw swego oblubieńca
- fraulein Niuta, jeszcze nii! – Manuel marudził niczym zaaferowane zabawą dziecko
- ale Maniu, już prawie północ! – w tym momencie zegar zaczął wybijać godzinę.
Przerażona Dobi przypomniała sobie słowa Carolli i spostrzegła, że jej suknia zaczyna się topić. Nie żegnając się z Księciem, który poszedł po kolejne drinki, dziewczę uciekło z zamku, gubiąc pantofelek.

- ach, cóż za bal! – rozpływała się macocha-Agnieszka.
- maamo! – tupnęła ze złością Dusia – totalny niewypał. Książę tańczył tylko z jakąś wypindrzoną lalą!
- ja się tak nie bawię! – zawtórowała jej Czocher i zaczęła gorzko łkać.
Dobi, polerując kafelki, przysłuchiwała się zamieszaniu. Była dumna z wywołanego zamieszania. Nie spodziewała się tylko jednego – Książę we własnej osobie postanowił przemierzyć królestwo, by odnaleźć towarzyszkę wieczoru.
W końcu zawitał do domu Dobi.
- witamy w naszych skromnych progach. Dobi, zrób księciu kawy! – rozkazała macocha-Agnieszka
- chciałem panie prosić o przymierzenie tego oto pantofelka! – zakomunikował książę – moja towarzyszka na balu uciekła w pośpiechu i zgubiła bucik.
- ja pierwsza!!! – krzyknęła Duśka, popychając Dobi i Czochera. Niestety, pantofelek nie pasował na Dusię, która miała płaskostopie.
- może wobec tego panna Czocher? – spytał nieśmiało Książę. Stopa Czochera była jednak zbyt szeroka i nie mieściła się do pantofelka.
- dosyć tego, teraz ja! – krzyknęła macocha-Agnieszka i przysiadła na stołku do przymierzania. Kobieta usiłowała wcisnąć pantofelek tak mocno, że prawie pękł, po czym spektakularnie zeskoczył spod napierającej stopy.
- jak widzę, jest jeszcze panienka Dobi! – stwierdził Książę, nie tracąc nadziei.
- coo? – twarz Czochera wyrażała niezmierne zdziwienie – przecież to tylko nasza służka!
- właśnie, w dzień balu całą noc wyszywała nam skarpetki! – oznajmiła równie zdziwiona Dusia.
Dobi z satysfakcją zajęła miejsce na stołku, a Książę przyodział jej stopę w bucik.
Pantofelek pasował jak ulał.
Dusia, Czocher i macocha-Agnieszka zapowietrzyły się.
- panno Dobi, wreszcie panią znalazłem! – rzekł wzruszony Książę.
- jak śmiałaś?? – oburzone siostry przekrzykiwały się
- a to ci dopiero! – spostrzegł wilk-Merlin, zaglądając przez okno
- jak romantycznie! – wtórowała mu Malinka
- Maniu, kup mi takie buciki! – zachwyciła się przechodząca nieopodal Niuta
- gratulujemy pannie Dobi! – kwiknęły trzy świnki
- makaron…- znudzona zamieszaniem Dobi przeciągle ziewnęła.
Panna Dobi wyszła za Księcia i para zamieszkała w pałacu z wielkim ogrodem. Bohaterka szybko przywykła do władzy i zemściła się na złych siostrach i macosze, nakładając na lud wysokie podatki. Wyciągając wnioski z przygody świnek, nakazała każdemu obywatelowi wybudować dom z cegieł, których była wyłączną importerką.
I żyli długo i szczęśliwie.

czwartek, 29 grudnia 2011

RATUJ SIĘ KTO MOŻE!

RATUJ SIĘ KTO MOŻE!
Słońce właśnie wznosiło się nad krainą Poland-Polska, gdy do każdej pary uszu dotarła zatrważająca wiadomość:
- CZOCHER ZDAJE DZIŚ EGZAMIN NA PRAWO JAZDY!
Na te słowa w miasteczku zapanował popłoch. Kierowcy szybko wjeżdżali swoimi samochodami do garażu, młodzież gimnazjalna pospiesznie gasiła niedopalone papierosy, a matki przerażone wyciągały swe pociechy z piaskownicy.
Czocherowi nie brakowało pewności siebie w tym jakże pięknym dniu. Dobiegła na parking podskakując. Przy samochodzie czekał już brzuchaty mężczyzna w średnim wieku – pan Hieronim.
- wsiadać! – zarządził i zamknął z hukiem drzwi, uderzając Czocherka w nos, który nabrał koloru śliwki. Dziewczyna powoli rozpoczęła manewrowanie pojazdem i z piskiem opon ruszyła przed siebie.
Igas, jak co rano uprawiała jogging, przystając gdzieniegdzie, by rozciągnąć swe stare mięśnie. Wrzask ze słuchawek skutecznie zagłuszył w tym dniu nawoływania o nieubłaganej zagładzie, więc nieświadoma niczego niewiasta beztrosko biegła i śmiała się do całego świata. Wtedy usłyszała dźwięk, który zelektryzował wszystkie jej kiszki. Pisk opon, warkot silnika, heavy metal z radia i wrzaski pana Hieronima przebiły się przez mroki słuchawek Igasa. Dziewczyna szybko zaczęła kalkulować w myślach. W mgnieniu oka podliczyła dni, bynajmniej nie w celach antykoncepcyjnych. Tak, nadjeżdża Czocher.
Nie wiedząc gdzie się podziać, Igas stanęła na drodze z otwartą buzią. Na szczęście refleks Czochera zadziałał i zdołała ona wyminąć żywą przeszkodę. Pan Hieronim był pod wrażeniem.
- jedziemy dynamicznie, co? – spytał wesoło i podkręcił radio. Dzisiaj słodka jak miód radiostacja królowej Agnieszki serwowała muzykę pasującą do tego dnia. Dudnienie perkusji i gitar roznosiło się echem po całej Poland-Polsce.
- No, tu mnie nie zabije! – ucieszyła się So cute dumna ze swego pomysłu. Przebierała łopatką tak szybko, że migusiem wykopała dla siebie luksusowe schronienie. Była właśnie na etapie opuszczania drabiny do schronu, gdy zza zakrętu wyjechał szalony Czocher manewrujący jeszcze bardziej szalonym samochodem. So cute, tak samo jak Igas, nie mogła ruszyć się z miejsca. Jej chytry plan został zduszony w zarodku. Czocher nadjechał zbyt szybko. Pęd powietrza zawirował So cutką tak zwinnie, że biedna wpadła do wykopanego schronu bez pomocy drabiny.
Nieświadoma zagrożenia była również Marchewka. Po upojnej nocy z pięknym samczuchem jedyne dźwięki, jakie dochodziły do jej uszu to „Marchewko, wolisz soczek z malin, czy truskawek?”. Błogosławieni, którzy są nieświadomi. Spijając ostatnie krople truskawkowego nektaru, Marchewka porwała kluczyki do swego nowego ferrari. Sprawy same się nie załatwią!
Uśmiechając się błogo, sięgnęła do radia wybierając ulubione nagranie. Była to oczywiście symfonia Bacha. Dziewczyna odpaliła silnik i wyjechała z garażu.
Nucąc dźwięki ulubionej symfonii, mknęła leśnymi drogami nie przypuszczając, że może stać się tragedia. Szalony Czocher mknął prosto na nią.
- HAMUJ! – krzyknął pan Hieronim w trosce o swoje życie.
Czujna Marchewka ominęła zagrożenie, a Czocher, choć nacisnęła hamulec, z czocherową gracją uderzyła w drzewo.
- co ja teraz zrobię?? – nasza bohaterka ze łzami w oczach złapała się za głowę
Na szczęście pan Hieronim miał niecny plan.
- Czocher, wszystko w porządku? – zaniepokojona Marchewka opuściła swe ferrari, by udzielić pierwszej pomocy.
- pani Marchewko! Czocher jest ranna! Proszę mi pomóc! – krzyczał pan Hieronim i machał każdą kończyną.
Marchewka, jako dobra niewiasta przystąpiła do akcji ratunkowej. Wyciągnęła z samochodu koleżankę, którą pan Hieronim zdążył już owinąć bandażem.
- TERAZ! – na umówiony znak Czocher uderzyła Marchewkę w głowę stalową rurką. Kobieta osunęła się na ziemię, a uczestnicy egzaminu prędko wsiedli do jej czerwonego ferrari i odjechali z miejsca zdarzenia. Egzamin wciąż trwał.
Czerwone ferrari Marchewki wraz z chytrą załogą dotarło do centrum miasteczka. Pech chciał, że tego dnia Malina postanowiła wyprowadzić Merlinka na spacer.
- Merlinku, nie rwij tak! Malinka nie poluzuje smyczy, o nie! – świergotała przejęta Malinka przechodząc ze swym ulubieńcem przez pasy. Wtedy nadjechała czerwona zagłada z Czocherem na pokładzie. W przypływie paniki, kandydatka na kierowcę zwolniła prędkość pojazdu.
- Merlinku, ratuuuuuuuuuuj! – krzyknęła Malinka i puściła smycz. Prędkość samochodu była zbyt niska, by z Maliny została bezkształtna masa. Dziewczyna wylądowała na masce i przez czystą jak okna na wiosnę szybę patrzyła prosto w oczy szalonego Czochera. Bohaterka niestety pomyliła pedały i zamiast zatrzymać się, dodała gazu. Malina krzyczała przerażona, a Merlin, jak zawsze posłuszny, biegł za samochodem ignorując niewygodną smycz.
- Maliiiiiinkaaaaaa! – nawoływał
- Merlinie! Żegnaaj! – pełna rozpaczy Malinka wyciągnęła rękę w geście rezygnacji.
Czocher nadal nie ogarniała sytuacji.
Wreszcie zbliżała się umówiona meta. Szloch Maliny, ryk silnika, symfonia Bacha i wrzaski Hieronima mieszały się w jedno. Czocher zawyła beznadziejnie i z determinacją nacisnęła hamulec. Ferrari, podatne na jej komendy zaparkowało dokładnie w wyznaczonym miejscu, gdzie stał już komitet powitalny. Zmęczony Merlin również dobiegł do mety, ale to Malinka dyszała, schodząc niepewnie z maski. Czocher wyszła z samochodu i wraz z populacją miasteczka postanowiła wysłuchać werdyktu pana Hieronima
- niniejszym ogłaszam iż panna Czocher… zdała egzamin na prawo jazdy! Gratuluję!
Miasteczko odetchnęło z ulgą. Już nigdy nie będą musieli uczestniczyć w kolejnym egzaminie Czochera. Zewsząd polał się szampan i wino. Atmosferę świętowania przerwała jednak Carolli:
- zaraz… przecież teraz ona będzie jeździć!
Miasteczko zamarło z przerażenia.
Koniec.

wtorek, 27 grudnia 2011

Kryzys wieku w miarę dojrzałego part 2

Marchew z niepewnością otworzyła drzwi do innego świata. W głowie kołotały się jej różne myśli. Uznała jednak,że nie ma nic do stracenia i posłuchała Pana Kota- jakkolwiek dziwne jest rozmawianie ze zwierzęciem.
Otworzywszy drzwi, ujrzała delikatny blask. To wschodzące slońce rozpoczynało dzień. Przeszła przez próg, czując pod stopami coś miękkiego. Spojrzała w dół. To była trawa. Poznała ja od razu. Tak miękkiej,zielonej i pachnącej trawy nie było nigdzie indziej.
-Jestem... W swoim apartamencie...Czy to w ogóle możliwe?-zwróciła się do Pana Kota.
-Oczywiście. Wystarczyło tylko, bys przypomniała sobie o swoim dawnym,świetnym życiu... Wreszcie ci się udało. Nareszcie królowa powróci na swój tron.
Marchew z niedowierzaniem rozglądała się po swoim apartamencie. Pomimo upływu czasu, był tak samo zadbany jak wiele miesięcy wstecz. Ptaki milutko ćwierkały, puszyste zwierzątka bawiły się pomiędzy drzewami. Nawet hamak wisiał nietknięty.
-Widzisz? Nic się tu nie zmieniło... Ale tylko tu. Twoje królestwo cię potrzebuje. Musimy iść dalej...
-Dokąd?
-Do krainy zwanej PP.Otwórz te drzwi...
Teraz juz podekscytowana Marchew otworzyła drzwi. PP pamiętała jako jasny,różowy świat pełen szczęścia i sprawiedliwości...
Jej oczom ukazał się jednak szary i smutny obraz. Wychudzone, brzydkie dollki walczyły ze sobą o władzę. Spalone obozy i apartamenty były wszędzie. Słońce nie było widać.
Na jej dawnym tronie(który już dawno przestał być złoty i zostal pokryty odchodami i śliną) siedziała teraz brudna i zasmarkana dollka, a wokół tronu walczyły ze sobą dwie inne dolki. Wydawały się Marchew znajome...
-DUSIA...CAROLLI...CZOCHER?!-krzyknęła z niedowierzaniem. Dolki drgnęły na dźwięk swoich imion, zaraz jednak zaczęły na siebie warczeć i drapać się nieobciętymi pazurami.Obok Marchwi również toczyły się bitwy o starmonety. Dziewczyna poznawała wiele z nich.
-Malina...Killy...Megi...-osunęła się na ziemię.-Co się stało z moja krainą?
-To królestwo plebsu. Największy plebs ze wszystkich, Dusia, przejęła władzę po tobie...Niestety, uroiła sobie parę rzeczy,co wpłynęło na jej rządy... I tak to teraz wygląda
-Nie...nie,nie,nie,nie,nie,NIEE!!! To jest jakis koszmar. Tak nie może...nie może być...Muszę coś zrobić...cokolwiek...To jest...Przecież...Panie Kocie! POMÓŻ MI!
-Och, droga Marchew...Na niewiele się zdam. To ty musisz nad tym zapanować.
-Głupi plebs-juz zdecydowana Marchew kopnęła jakieś dolki leżące na sobie- Królowa wróciła.
_____________________
Po długiej wspinaczce na górę Marchew znalazła się na szycie,przy tronie.
-Przepraszam, Dusiu-spojrzała dawnej koleżance w zasnute mgłą oczy- Twój czas minął.
Marchew z ciężkim sercem zrzuciła Dusię w dół-do Otchłani Wygnania. Do tej krainy niegdyś trafiał każdy pokemon, każdy spamer, kazdy, kto burzył idealny porządek krainy. Najgorszą karą było właśnie zesłanie do Otchłani...Niewielu udało się stamtąd powrócić. Zresztą, wracali ze zmienioną psychiką i po pewnym czasie popełniali samobójstwo.
Dla Dusi nie było już ratunku.
Rzuciła okiem na smętną krainę. Z lekką niepewnością usiadła na obskurny tron.
W chwili, gdy szlachetne pupsko dotknęło niegdyś atłasowego obicia, wszystko się zmieniło.
Strzeliło blaskiem.Blaskiem zwanym świetnością. Wydobył się on z klejnotu, umieszczonym w koronie władczyni.
Blask Świetności rozrzedził szary dym i chumry,ukazując niebieskie niebo. Trafił w jałową ziemię,odkrywając wspaniałą łąkę. Obozy i apartamenty zmieniły się na powrót w olśniewające wille. Dollki porażone Blaskiem przybrały swój dawny wygląd- co prawda plebs nadal wyglądał jak plebs,ale to był urok narodu PP. Tylko arystokracja była prawdziwie idealna.
Marchew z uśmiechem zadowolenia zauważyła, że ma na sobie na powrót bajeczną, królewską suknię. Wstała. Postanowiła przemówić. Patrząc na oszołomione twarze jej plebsu,orzekła:
-To ja. Wasza mamusia. Królowa. Powróciłam.
Po czym zaczęła panować.
____________________
Przez szary korytarz szedł wysoki, młody mężczyzna. Spieszył do swojego przełożonego.Mial mu coś bardzo, ale to bardzo ważnego do powiedzenia. Wpadł do gabinetu.
-Proszę pana... proszę pana...-zdyszany próbował pozbierać słowa.
-Co się stało?!- zaniepokojony starszy pan wychylił się zza książki.
-Musi pan za mną iść... To nieprawdopodobne. Jestem pewien, że pana TO zainteresuje.
Starszy pan zaufał młodzieńcowi. Ogromnie ciekawa ruszyl stare kości i ruszył za swoim pracownikiem. Zaprowadził go do drzwi...Drzwi, które odkąd pamiętał, nie były otwierane.
-Tam... w środku...
-Tak-przerwał mu młody mężczyzna- Jest.
-To niemożliwe-niedowierzał staruszek-Nie sądziłem, że tego dożyję.
-Ja również nie.
-Jak to się stało?
-Dostaliśmy cynk. I znaleźliśmy...po tylu latach...
Mężczyzna uchylił drzwi.
-Proszę nacieszyć oczy, profesorze...
Staruszek nareszcie ujrzał to, na co czekal cale swoje życie. W małym pokoju leżała w kącie zaniedbana, zielonowłosa dziewczyna. Ściskała od dawna nieżywego, zjadanego przez robaki kota. Z jej zasuszonych ust usłyszał okropne charczenie.
-Pow...pohr...powróciła...powrhróciłam...POWRÓCIŁAM- charkot przerodził się w chichot. Nagle dziewczyna obróciła się do staruszka. Widząc okropne, przekrwione i oszalałe oczy z przerażeniem zatrzasnął drzwi.
Przypomniał sobie opisy tej dziewczyny. Za młodu ambitna i piękna dziewczyna, po paru porażkach załamała się i uciekła w wirtualny świat. Zdobywszy poszanowanie i władzę w Internecie, zaczęła mylić fikcję z rzeczywistością... Po pewnym czasie całkowicie utracił zdolność poznawania rzeczywistości. Żyła w urojonym świecie. W dodatku, nikt jej nie potrafił złapać. Ten przypadek nękał wielu naukowców. Jemu też spędzał sen z powiek. Całe życie poświęcił tej istocie...To już nie był człowiek. Nazwał tę kreaturę Marchewonusem.
-Moj drogi... Najciekawszy przypadek w naszej karierze...Tak wielu próbowało ją znaleźć... Nareszcie się udało.
-O,tak,profesorze... Najokropniejsza ofiara Internetu jaką widział świat jest wreszcie w naszych rękach.
Profesor był pewien, że Marchewonusów jest wiele. Był pewien, że wykształcił się nowy gatunek. Postanowił wyciagnąc od dziewczyny nicki jej dawnych wirtualnych poddanych i stworzyć własne stado Marchewonusów.
Czuł, że świat będzie jego.
Pragnął władzy.
Na imię mu było Dusiomen.








A morał z tej opowiastki wyciągnijcie sami.


poniedziałek, 26 grudnia 2011

Koteczka w krainie cyferek, cz.3


- auć! Niech cię szlag, Niuta!
Najlepsza kryjówka przed klubem (polecona przez doświadczoną już Niutę) okazała się być kłującym krzewem.
Koteczka zerknęła w swoje notatki. Tak. Manuel jak zwykle zaczynał pracę o szesnastej. Jego luksusowy samochód zatrzymywał się na niestrzeżonym parkingu piętnaście minut przed czasem. Minutę zajmowało mu przyczesanie włosów na głowie, a spacer na miejsce do kolejne trzy. Wszystko jak w zegarku. Szwabska precyzja. Codziennie, od siedmiu dni, Koteczka obserwowała jak wchodził do przybytku, zdejmował marynarkę i przebierał się w roboczy uniform. Dziś były to stringi w panterkę. Tej nocy przezwycięży strach i w końcu to zrobi. Czekolada bulgotała w ogromnym garnku i aż prosiła się o świeżą porcję mięsa.
Każdego poranka męskie bóstwo kończyło pracę o czwartej. Koteczka przysypiała już, wprawdzie, lecz widok Manuela wyłaniającego się zza drzwi wejściowych szybko ją pobudził. Miała już plan.
- halo, herr Manuel! – zaświergotała Koteczka, ukrywając niepokój
- jaaa?? – odpowiedział zaciekawiony Manuel i zlustrował panienkę od stóp do głów. Co takiego w nim widziały? Czy to jego zniewalający głos? Boski urok? Nażelowane włosy, czy może starannie dobrana bielizna, pasująca tematycznie do występów?
- herr Manuel, bitte! – to mówiąc, dziewczyna wręczyła mężczyźnie bukiet najpiękniejszych róż, jakie kiedykolwiek widział
- jaaa, danke! – podziękował i powąchał ów bukiet. Jego nozdrza, przygotowane na słodki zapach kwitnących róż, bardzo się rozczarowały. Połechtał je smród niegodny nawet miana krowiego łajna zmieszanego z formaliną. - was ist daaaa…
Nie dokończył. Miękko osunął się na rozkładany kieszonkowy materac, podstawiony przez Koteczkę w chwili jego nieuwagi.
- no, najtrudniejsze mam już za sobą – wysapała Koteczka, ciągnąc bezwładne bożyszcze przez pusty parking.

- Pupek, herbata! – zarządziła Dusia – a ty daj mi to.
- hyhyy, wygrałyśmy! Merlin da mi buziaczka? – spytała Malinka wyciągając zeszyt spod koszulki
- nawet da się poklepać po pupci, jak mu rozkażę. – duma Duśki wynosiła ją pod niebiosa. Wreszcie dostała to, czego chciała. Matematyczny skarb Koteczki. Teraz może przeprowadzić zagładę.
- taaaaaaak! – zakwiczała triumfująca Malinka, nie zwracając uwagi na Dusię, która podniecona wertowała strony zeszytu.
- jest tangens… i sinus… wzory skróconego mnożenia… Czocher zje swoje kapcie z zazdrości! A dla ciebie mam kolejne zadanie… ukryjesz ten zeszyt w…
Malinka nachyliła się do rozmówczyni, łapczywie łykając każde słowo spadające z ust panny Dusi. Spełni każdy jej rozkaz, niech tylko sprowadzi Merlina!

Dziwne to spa. Wielokrotnie dostawał imienne zaproszenia od różnych sponsorów, jednak żaden z nich nie zaskoczył go jeszcze niespodziewaną kąpielą w czekoladzie!
- a pryśnic? – spytał na widok Koteczki zbliżającej się z dużym, czarnym workiem na śmieci.
- dzisiaj kein pryśnic, pryśnic kaput! – zakomunikowała Koteczka i unikając patrzenia na praliny w czekoladzie, pomogła Manuelowi wstać i wyjść z wanny. Mleczna czekolada potrzebowała tylko chwili, by utworzyć twardą skorupkę. Dziewczyna krzyknęła „achtung!” i owinęła mężczyznę workiem, nim ten ponownie krzyknął „was ist daaas??”.
Niuta była w siódmym niebie, gdy odpakowała swój prezent. Maniek zdążył co prawda zlizać czekoladę z ust, brody i czubka nosa, jednak reszta jego ciała pokryta była słodką, brązową mazią. Podskakując i kwicząc z ekscytacji, sięgnęła do kieszeni i rzuciła w Koteczkę okularami Gaby, w ogóle nie patrząc w jej kierunku.

Gaba nie potrzebowała ani chwili, by rozpoznać postać z rysunku.
- ależ to Malina!
- Malina? – spytała niepewnie Koteczka, chowając kartkę do kieszeni – kim ona jest?
- a cholera ją wie. Przychodzi tutaj, błagając o powrót naszej byłej gwiazdy, Merlina. Pisze do niego listy! Od jego odejścia nie chce patrzeć na rozkładanie nóg, nawet moich… - zasmuciła się Gaba i chętnie przyjęła papierosa od empatycznej Koteczki
- wiesz gdzie mogę ją znaleźć?
- jest popularna w mieście, ale nikt nie wie gdzie mieszka. Chyba znam osobę, która mogłaby cię dalej pokierować…

Wspomniana Malina w owym czasie przemierzała Górę Zagłady, wynajętą na tę okazję przez Duśkę. Samotna wędrówka do Krainy Rozpaczy nie służyła jej. Pośród bezkresnych skał i beznadziejnej szarości, niewiasta kroczyła coraz mniej pewnie, wahając się, czy wykona zadanie. W końcu padła na kolana, podnosząc znany już zeszyt do góry i wrzeszcząc:
- MEEEEEEEEEEEEEERLIIIIIIIIIIIIN!

CDN

sobota, 24 grudnia 2011

Koteczka w krainie cyferek, cz.2

Wiedziała, że talent plastyczny kiedyś się przyda. Obraz sieroty był co prawda zniekształcony przez judasza, jednak metodą prób i błędów Koteczka otrzymała w końcu portret pamięciowy napastniczki. Mając jakiś punkt zaczepienia, zdobycie informacji było tylko kwestią czasu. Trzeba odwiedzić słynny przybytek „Czerwony buziaczek”.

Budynek w którym mieścił się klub w ogóle nie rzucał się w oczy postronnym obserwatorom. Koteczka wiedziała jednak czego szuka. Rozpoznała mury starej kamienicy i małą czerwoną lampkę w oknie. Zanim dotarła na miejsce, spostrzegła zamieszanie przy wejściu
- mówiłem, Niuta, oglądamy, nie dotykamy! – wrzeszczał goryl o gabarytach trzydrzwiowej szafy
- dla ciebie PANI Niuta, fagasie! – syczała purpurowolica Niuta, plując – po co wystawiacie żarcie, skoro nie można go zjeść??
- ma pani dożywotni zakaz wstępu do klubu! – zakomunikował ochroniarz, oddalając się. Niuta, korzystając z jego nieobecności, wdrapała się na rynnę i zerwała z muru plakat reklamujący usługi nowego striptizera – Manuela.
Koteczce zrobiło się żal wyrzuconej Niuty. Nie mogła jednak opóźniać swojej misji. Zdecydowanym ruchem nacisnęła klamkę i weszła do środka.
Wnętrze, niejednokrotnie przez nią odwiedzane (w celu zdobycia informacji!), nie zaskakiwało jej już swym zwyczajnym, przeciętnym korytarzem z tapetą w kwiatki. Mijając popiersie admina podeszła do okienka portiera.
- pani sobie życzy…?
- zamawiam Gabę – zakomunikowała Koteczka po raz któryś w swym życiu
- sala numer pięć. Nie muszę pani odprowadzać.
Dziewczyna pędem wbiegła na schody prowadzące na piętro. Nacisnęła stalowe drzwi i przeszła na drugą stronę rzeczywistości.
Nie dziwiła jej ani głośna muzyka ani ciemność przecinana snopami kolorowych świateł na suficie. W głębi sali znajdowało się królestwo Gaby – scena na podwyższeniu. Na widowni siedziała jak zwykle grupka atrakcyjnych młodych mężczyzn, którym ślina kapała z otwartych ust. Gaba właśnie kończyła swój występ saltem z wyskoku. Koteczka przywołała w pamięci wspomnienie pierwszej wizyty w klubie. Dowiedziała się, że najlepszą informatorką jest właśnie Gaba. Był to jej pierwszy występ. Koteczka była świadkiem nieudanego wyskoku, który zakończył się uderzeniem głową o rurę i pęknięciem majtek na pupie. Dziś nie musi już pocieszać płaczącej Gaby, która w swym fachu doszła do perfekcji.
- cześć, mam interes – oznajmiła nasza bohaterka, pokazując gwieździe portret złodziejki – wiesz kim jest?
- niestety nie widzę – rzuciła Gaba, beznamiętnie żując gumę – widziałaś, jak wykopali Niutę? Kretynka pożyczyła moje okulary, żeby odgrywać jakieś scenki z naszym nowym chłopaczkiem. Za bardzo wczuła się w rolę i ją wyrzucili, a ja nadal nie mam okularów.
- mam je dla ciebie zdobyć?
- jeśli ją dogonisz, może ci się uda.

Koteczka nie zastanawiała się ani chwili. Pędem zbiegła po schodach i wylądowała na zewnątrz. Niuta na szczęście nie była daleko. Właśnie rozkładała plakat na trawniku w parku.
- co robisz? – spytała zaciekawiona Koteczka, patrząc na leżącą na plakacie dziewczynę
- leżę – odparła szczerze Niuta i ponownie opadła na lico Manuela.
- mogłabyś zwrócić Gabie jej okulary? – nadzieja w głosie dziewczyny była nieco zbyt wyczuwalna, nawet dla Niuty.
- Gaba reprezentuje system, który zwalczam! – krzyknęła dumnie Niuta unosząc dłoń z wyciągniętym środkowym palcem
- nawet za czekoladę? – zaproponowała Koteczka
- może za Manuela z czekoladzie. – odparła Niuta, oblizując się.
„Jak mam zdobyć czekoladę? A Manuela w czekoladzie?” – pomyślała przerażona Koteczka, jednak odwaga przyćmiła rozsądek:
- w mlecznej, czy deserowej?

CDN

czwartek, 22 grudnia 2011

Koteczka w krainie cyferek, cz.1

- cóż za wspaniały dzień! – krzyknęła dziewczyna, zrzucając z siebie kołdrę w figury geometryczne. Dziś znów śniła o swej ulubionej liczbie, piątce. Ach, ten okrągły brzuszek, ten wystający ogonek, używany do niezbyt szlachetnych celów! Tak, piątka zdecydowanie jej się podobała.
Wstając, pospiesznie się ubrała i rzuciła okiem na biurko pełne książek i zeszytów. Praca domowa sama się nie odrobi!
Niedługo jednak cieszyła się z manewrowania piórem po powierzchni zeszytu. W całym mieszkaniu rozbrzmiała bezlitosna melodyjka dzwonka do drzwi.
- Kto taaam? – zawołała śpiewnie Koteczka zaglądając przez judasza. Jakaś perfidna istota postanowiła jednak zasłonić wizjer brudnym paluchem.
- czy ma pani jakieś drobne dla biednej sieroty? – wyk zza drzwi spowodował, że czułe serduszko Koteczki zabiło mocniej, okazując współczucie dla biedactwa na wycieraczce.
- proszę poczekać! Zobaczę czy mam jakieś pieniądze! – zakomunikowała dziewczyna otwierając drzwi. Nie zobaczyła. Przeszkodziła jej w tym pięść, która wyłoniła się z głębi klatki schodowej. Wokół Koteczki zapanowała ciemność.

Dryń dryń dryń! – telefon Duśki zawył przeraźliwie w najmniej odpowiednim momencie. Ona i jej zakupowy asystent (Pupek) właśnie stali w kilkumetrowej kolejce do kasy w supermarkecie.
- ohydne plebejskie miejsce… - wycedziła przez zęby. – DOMAGAM SIĘ OBSŁUGI BEZ KOLEJKI!
- ale maamo – zaczął nieśmiało Pupek, lecz jego wypowiedź została tradycyjnie przerwana przez rodzicielkę:
- JAKA MAMO?? NIE MA MAMY! – krzyknęła Dusia, dygocząc ze złości. – I ODBIERZ DO JASNEJ CIASNEJ MÓJ TELEFON!
Telefon Dusi spoczywał na samym dnie sklepowego wózka, przygnieciony kilogramami przedświątecznych zakupów. Pupek bezzwłocznie wskoczył do środka i zaczął odgrzebywać urządzenie machając swym gwiazdkowym prezentem – łopatą do odśnieżania. W końcu aparat ujrzał światło dzienne (sklepowe). Zniecierpliwiona Dusia zdzieliła latorośl łopatą w głowę i sama odebrała telefon.
- Dusia, słucham?
- kapral Męson melduje wykonanie zadania! – zakwiczała radośnie Malinka, dzierżąc zdobyty artefakt w wolnej dłoni.
- wyśmienicie – Dusia oblizała starannie umalowane usta – czekaj na dalsze instrukcje. Bez odbioru
Zamykając z impetem klapkę, nasza diwa spojrzała w przestrzeń i spostrzegła niebywałą okazję.
Kasa w oddali kusiła napisem „KASA DLA MATEK Z DZIEĆMI – BEZ KOLEJKI!”
Podniecona Dusia zlokalizowała w tłumie Pupka, który trzymając wózek nadal masował pokaźnego guza na swej głowie.
- prędko, do kasy dla matek z dziećmi! Mama każe! Raz raz! – krzyknęła podekscytowana
- JAKA MAMA? NIE MA MAMY! – wrzasnął Pupek i z płaczem wybiegł ze sklepu, po drodze tratując regał z czekoladą.
- A to mały… - stwierdzenie matki zostało zagłuszone przekleństwami obsługi usiłującej naprawić zniszczony regał

W czasie gdy Malinka zaciekawiona niczym sroczka oglądała swój łup, Koteczka powoli odzyskiwała przytomność.
- majtki są, cnota na swoim miejscu… - wyliczała przejęta. Po przeglądzie osobistym przyszedł czas na oględziny mieszkania. Gotówka, biżuteria i komputer były w nienaruszonym stanie. Czegoś jednak brakowało…
Błysk olśnienia zaskoczył ją tak, że zrobiła zeza i wyszeptała:
- mój… zeszyt… z… matematykiiiii! Ich mdleję. – po czym zemdlała.

Gdy w końcu doszła do siebie, postanowiła, że nie będzie zwlekać. Na pewno porwanie zeszytu było sprawką żebrzącej sieroty. Bez dalszych opóźnień przywdziała swój prochowiec i ruszyła do miasta. Pora zdobyć informacje.

CDN

środa, 21 grudnia 2011

You are next, cz.3 - ostatnia

- chyba mamy problem. Tym razem moja ochrona. – głos Igasa drżał, ukazując mieszankę żalu i złości. Nie cierpiała sytuacji, w których czuła się tak bezsilna. Wszystko było zaplanowane. Zagrożeni otrzymali specjalne instrukcje samoobrony i zostali umieszczeni w oddalonych od siebie miejscach. Nikt jednak nie przypuszczał, że genialny plan nie uwzględniał jednej zmiany…

Książka rzucona przez Megi z impetem uderzyła w okno wybijając szybę. „Psiakrew.” pomyślała. „Znowu nas przechytrzył.”
- przecież nie było jej na liście! – krzyknęła Carolli, wchodząc wraz z resztą towarzystwa do pokoju – przecież to ktoś z nas miał zginąć!
- taak, a my mieliśmy zostać dokładnie poinformowani? Dzień dobroci dla zwierząt? „Słuchaj, zabiję cię jutro, więc się przygotuj”? – prychnęła Duśka.
Megi nie mogła wydusić z siebie słowa. Dyskusja koleżanek tylko podnosiła jej ciśnienie i czuła, że następny cel rzuconej książki będzie krwawił. Nie lepiej miała się Igas, którą poczucie winy znów pchnęło w objęcia znanej nam już dobrze butelki.
Pociągając ulubiony nektar, mimowolnie odtwarzała w pamięci wydarzenia sprzed kilkudziesięciu minut, a wspomnienia jak natrętne muchy uderzały o jej czaszkę. Hałas przed schronieniem. Krew. Rozczłonkowane ciało pośród drzew.
- Malinka! – krzyknęła, podbiegając do głowy koleżanki – przepraszam cię! Nie wiedziałam, Malinka!
Zakrwawiona głowa mrugnęła i wydała z siebie stłumiony dźwięk.
- Nie… ty jeszcze żyjesz?? Kto ci to zrobił?!
- Oadęh… - stęknęła Malinka, używając wszystkich swych sił.
- Nie rozumiem cię… przepraszam! Malinko, będę o tobie pamiętać!
- Oadęhh!
- ja ciebie też! – po policzku Igas spłynęła pierwsza łza.
- khuuuk! – wysapała głowa Malinki.
- kciuk? – dziewczyna była zdezorientowana, lecz szybko znalazła zawiniątko ofiary.
Malinka przyjęła do ust ukochany gadżet i zaczęła cichutko ssać. Po chwili zasnęła snem wiecznym.

Igas, otrząsając się ze wspomnień pociągnęła kolejny łyk.

Trzeci portret leżał na podłodze pośród kawałków stłuczonego szkła. Postać wstała z fotela i zgrabnym, tanecznym krokiem podeszła do biurka. W szufladzie znajdowała się papeteria w renifery i wieczne pióro. Tajemnicza osoba zasiadła do notowania. „Ułożymy sobie kolejny plan…” pomyślała, po czym zaniosła się demonicznym śmiechem.

Następnego dnia cała ekipa w napięciu oczekiwała na zapowiedziane wcześniej przez Megi zebranie. Szefowa sztabu przybyła trzaskając drzwiami. Dopiero po chwili dziewczęta zorientowały się, że kobieta mocno trzyma za ubrania jakąś postać.
- chyba masz nam coś do powiedzenia… - warknęła Megi potrząsając zapłakaną istotą
- ppp-przepraaaszam waaaas! – jęknęła Carolli, a z nosa wyskoczył jej mały gil.
W pokoju zaległa cisza, którą po chwili przerwała Dusia.
- chcesz nam powiedzieć, że to ONA stoi za tym wszystkim?
- wiedziałam – syknęła Marchewka, opierając się o ścianę
- nie wierzę, nie ona! – Czocher zakryła twarz dłońmi i zaczęła głośno szlochać w objęciach Oli Dance
Szum rozmów, płaczu i zgrzytania zębów przerwał trzask tłuczonej butelki. Igas podniosła się ze swego miejsca i patrząc głęboko w oczy wystraszonej Carolli, wycedziła przez zęby:
- do karceru.

„Hahahaha. Jak zwykle. Ja mogę wszystko, one nic. Nigdy mnie nie złapiecie” – zaśmiała się złowieszczo postać w ciemnym pokoju, po czym zaczęła spisywać szczegóły kolejnego aktu w swym dramacie.

W kwaterze głównej Poland-Polska było cicho i spokojnie. Żałoba nie minęła, lecz areszt Carolli dał zebranym namiastkę poczucia bezpieczeństwa. Megi poprosiła ekipę o przygotowanie wszystkich danych do osądzenia oskarżonej.
- zacznijmy od Niuty. – rzekła Megi grobowym głosem – w dzień naszego spotkania widziałam Carolli w jej wiosce. Jestem tego pewna.
- to niemożliwe – załkała ponownie Czocher – tamtą noc spędziłyśmy u mnie, grałyśmy w bierki!
- Niuta zginęła pomiędzy dwudziestą a dwudziestą pierwszą trzydzieści. To daje Carolli pół godziny na dotarcie do twojego domu. Wykonalne, jeśli ma się latającego buraka – riposta Megi pozbawiła Czochera argumentów.
- Ale w dniu zamachu na Fokę nikt nie kontaktował się z Carolli i nie widział jej w pobliżu straganu! – wydedukowała Marchewka – przeanalizujmy jej zachowanie, na pewno czegoś się dowiemy! – dodała przyszła pani psycholog wymachując rękami.
- No właśnie. Nikt jej nie widział, zatem nie ma alibi – rzekła ponuro Igas ze swojego kąta, zaskakując wszystkich nagłym przejawem aktywności.
- a co z zabójstwem Malinki? – spytała Oladance – jestem bardzo ciekawa waszych opinii.
Megi nabrała powietrza, szykując się na dłuższy wykład.
- jak wiemy, Malinka była przydzielona do ochrony Igas. Carolli była w kręgu osób zaznajomionych z planem działania. Jej schronienie było na tyle blisko, że mogła na chwilę czmychnąć z pola widzenia – zastanawiała się Megi, mierzwiąc swoje włosy
- nie spodziewałam się tego po niej… - szepnęła Igas – żeby takie dziecko miało tyle siły? Ale obrażenia mówią same za siebie. Możecie sobie to wyobrazić, wiecie przecież w jakim stanie ją znalazłam… - kontynuowała, nie zważając na zdziwienie na twarzach większości koleżanek
- też byłam tym zdziwiona. Nie sądziłam, że Carolli okaże się odcinającą głowy psychopatką. – westchnęła Oladance.
Megi i Igas wymieniły znaczące spojrzenia i podeszły do Olidance.
- wiemy ile wysiłku włożyłaś w śledztwo. Dziękuję – Megi wyciągnęła rękę, którą Oladance chętnie uścisnęła. W tym samym momencie na jej nadgarstku zacisnęły się zimne kajdanki trzymane przez Igas
- Oladance, aresztuję cię pod zarzutem spowodowania śmierci Niuty, Foki i Maliny oraz groźby śmierci pod adresem pozostałych. Masz prawo zachować milczenie.

Udana akcja napawała dziewczęta dumą i pozwoliła częściowo ukoić ból po stracie bliskich, a Megi zyskała +10 punktów do respektu.
- wyjaśnicie nam o co chodzi? – prychnęła Duśka, niezadowolona z bycia poza centrum uwagi – po co ta cała szopka z Carolli?
- to proste. Musiałam zaangażować kogoś do roli zabójcy, żeby uśpić czujność Oli. – odparła Megi z dumą w głosie.
- ja nadal nie rozumiem na jakiej podstawie ją aresztowałyście – stwierdziła oswobodzona już Carolli
- przypomnijcie sobie co powiedziała w rozmowie o Carolli. – podpowiedziała Megi
- „Nie sądziłam, że Carolli okaże się odcinającą głowy psychopatką”… - wyrecytowała Czocher, myśląc intensywnie nad sensem owego zdania, jednak ten, niczym balonik wypełniony helem umykał jej dłoniom i uniósł się hen, daleko.
- no właśnie. – Igas przebiła metaforyczny balonik – „odcinającą głowy”. Tylko ja, Megi i Oladance wiedziałyśmy w jakim stanie była Malinka.

Czocher otwarła buzię ze zdumienia. Duet Megi-Igas właśnie urósł w jej oczach do rozmiarów bogiń.

The end.



sobota, 5 listopada 2011

You are next, cz.2

- Merlin najlepszym naszym przyjacielem jest… Merlin najlepszym naszym przyjacielem jest!
- Malina! Poczekaj, pomogę ci! – Oladance szybko odebrała ciężkie pakunki z rąk dziewczyny – podobno jest kolejne zebranie w sprawie tajemniczych ataków!
- właśnie dlatego niosę jedzonko! – zakwiczała radośnie Malina prezentując wnętrze kartonu. Obok zeszytów ozdobionych podobizną Merlina, w środku umieszczono jeszcze sok, zapas słonych paluszków i chrupek.
Oladance poczuła, jak grawitacja niebezpiecznie działa na ślinę w jej ustach. Zamknęła pospiesznie buzię i nacisnęła klamkę drzwi z napisem „Poland-Polska”.

- spóźnialskie siedzą na ziemi – warknęła Megi trzymając plik kartek w rękach – jak już powiedziałam, powołana zostanie specjalna Komisja Inwigilacji Członków Klubu. Oprócz prowadzenia śledztwa wśród członków klubu, będziemy zajmować się szczególną ochroną osób zagrożonych.
- zagrożonych?! – wykrzyknęła przerażona Carolli
- jak pamiętacie, bo śmierci Foki Izabellinka odebrała list z pogróżkami. Nie tylko ona – to mówiąc, Megi podała kartkę stojącej w pobliżu Dusi.
- „Strzeżcie się, albowiem koniec jest bliski! Pożegnacie się z życiem w następującej kolejności: Marchewka, Czocher, Megi, Dusia, Igas, So cute, Carolli. A na koniec… zobaczycie!” – przeczytała drżącym głosem, po czym wyciągnęła telefon – Pupek! Przywieź moją książeczkę czekową W TEJ CHWILI!
- Nie… to niemożliwe! Nie może tak po prostu pozbyć się tylu osób! Dlaczego chce to zrobić? Jak możemy się chronić? Co ty robisz, Dusiu?? – zasypywała pytaniami Igas.
- jak to co? Chcę kupić życie! – krzyknęła wzburzona Duśkosława.
- Duśka! Wiedziałam, że pomimo pieniędzy masz dobre serce! – wzruszona Czocher ruszyła, by przytulić koleżankę, lecz została brutalnie odepchnięta.
- MOJE życie. – zaśmiała się perfidnie.
Serce Maliny zrobiło fikołka. Koleżanki kłóciły się o możliwość ratowania swojej lub czyjejś skóry, podczas gdy morderca planował zamach na kolejną osobę. Klub, który kochała, miał zostać spustoszony. Odebrany jej po raz kolejny. Po nałożonej na nią niegdyś banicji, dziewczyna bardzo cierpiała. Dopiero po dłuższej rozłące dziewczyny ponownie przyjęły ją do swego towarzystwa i obdarzyły ciepłem, które niedługo miało wygasnąć.
- NIEEEEEEEEEEEEEEEEEE! – zaszlochała wybranka Męsona i zaczęła się kiwać.
- Malina… - wyszeptała Carolli, zmartwiona nagłym atakiem paniki
- zabiję gnojaa! Zabiję! Nie odbierze mi domu! – zapłakana Malinka wyciągnęła z torebki małe pudełeczko oznaczone etykietką „kciuk Merlina”. Kciuk był przyjemny w smaku i bardzo ją uspokajał, więc szybko zapadła w spokojny sen pod ścianą.

Dawno, dawno temu, gdy Malinka była jeszcze niedojrzałą jarzembiną, miewała napady płaczu, kiedy dzieci na podwórku wyśmiewały jej niecodzienne relacje z ojczymo-idolem.
- ułaaaaaaaułaaaaaaaaaaaaa! – łkała dziewczynka, rozmazując nieudolnie wykonany makijaż
- nie płacz, kochanie! Merlinek da ci cukierka! – mężczyzna wyjął z kieszeni karmelka i wcisnął małej do ust
- tfu! Zabiez swoje cukierki! Nie chcem ich!
- a może gumę? Chrupkę? Wafelka? Gąbkę? – Merlin niestrudzenie wpychał małej wszystkie wymienione produkty, usiłując uciszyć atak histerii. Zrezygnowany niepowodzeniem, spojrzał na swą lewą dłoń.
Szósty palec, a raczej kciuk, wyglądał nader okazale.
- am am am. – Malinka zasnęła energicznie ssąc dodatkowy palec mężczyzny.
- w zasadzie do niczego mi się nie przyda… - pomyślał Merlin i wziął mini siekierkę.
Od tego dnia minęło kilka ładnych lat. Kciuk był najwierniejszym przyjacielem dziewczyny i nigdy jej nie zawiódł.


- zabijęę…  zniszczę…  jeszcze pożałujecie bycia elitą! – postać zaśmiała się. W pokoju panował półmrok, a stojąca w rogu lampka oświetlała jedynie dłoń kurczowo trzymającą poręcz fotela oraz ścianę na wprost tajemniczej osoby. Na podłodze leżały już dwa portrety. Odłamki szkła ukazywały uśmiechnięte oblicza Niuty i Foki. Trzeci portret niebezpiecznie chybotał na gwoździu.
- dla ciebie mam coś specjalnego…

Tego dnia sytuacja była wyjątkowo napięta.
- „Strzeżcie się. Koniec jest blisko. Macie 24 godziny żeby zapobiec tragedii.” – Czocher kucnęła pod ścianą i zaczęła płakać. Było źle. Musiały zmobilizować wszystkie siły, by chronić dziewczęta z listy. Zerknęła jeszcze raz na kawałek papieru w nadziei, że raz zapisana kartka zmieni swoją treść, lecz niestety wciąż była druga, zaraz po Marchewce.
- nie rycz. Coś wymyślimy – to mówiąc, Igas naładowała pistolet. – jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
Każda z dziewczyn na liście miała obstawę w postaci osoby niezagrożonej. Wszystkie nasze bohaterki zakupiły też miotacze ognia i pistolety. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Najbardziej zestresowana była Marchewka, numer jeden na liście.
- nie łaź tak, dekoncentrujesz mnie. Muszę być skupiona, żeby dostrzec najmniejszy ruch! – ofuknęła chroniąca ją Gaba, polerując nowiutki pistolet
- kiedy ja tak… tak bardzo chcę żyć! Nie spisałam testamentu! Komu zapiszę mój las?? – rozgorączkowana rusałka rwała swe zielone włosy z głowy, zanosząc się płaczem.
- Mikropiksel? Czy Mikropiksel mnie słyszy? – wrzasnęła Gaba do krótkofalówki
- chrrrr…. Zzzz…
- Piksel?
- Nie, Jared, dzisiaj nie mogę…
- WSTAWAJ Z TYŁKIEM W TEJ CHWILI!
- chrr… Tak jest, Mikropiksel melduje gotowość do działania! – powiedziała przeciągle, szybko budząc się ze snu.
- z Duśką wszystko w porządku? – warknęła Gaba
Piksel szybko spojrzała na Duśkę, która z pasją dorysowywała penisy na twarzach aktorek w kolorowej gazecie
- tak, znalazła sobie ambitne zajęcie.
- ej, ty tam, z krótkofalówką! Przenieś mnie pod tamto drzewo. To daje zbyt mało cienia.
- bez odbioru… - zrezygnowana Mikropiksel zakończyła rozmowę i zabrała się za przenoszenie. – ja ci dam „ej ty tam”…
- ZWARIOWAŁAŚ? WIESZ KIM JESTEM? NATYCHMIAST PRZESTAŃ! BO CIĘ WYDZIEDZICZĘ! WSZYSTKICH WYDZIEDZICZĘ!!
Duśce stanowczo nie podobała się koncepcja przeciągnięcia za nogi.

Tymczasem Ktoś w zupełnej ciszy obserwował swoją następną ofiarę beztrosko strugającą laleczkę z kawałka drewna.

Igas usłyszała tylko szelest liści i tupot stóp. Instynkt mówił jej, że zdarzyło się coś, na co nikt nie był do końca przygotowany. Chwyciła broń i wyszła ze schronienia. To co zobaczyła sprawiło, że żołądek wyrzucił z siebie niedawno zjedzony obiad.
Kilka chwil później telefon Megi znów zadzwonił.
- chyba mamy problem. Tym razem moja ochrona.

C.D.N.