Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Merlin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Merlin. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 grudnia 2011

O autorkach.

Muchomorek wstała z krzesła i przeciągnęła się. Już od kilku godzin siedziała przed komputerem stukając w klawisze. Duśka… Czocher… Megi… Każda z nich musiała mieć swoją rolę. Dziewczyna z nostalgią wspominała chwile, gdy Opowiastki były niezależnym wyrazem fantazji autorek. Na hasło „Nowe.” dziewczęta z forum ruszały, by przeczytać nową porcję opowiadań. Niestety, z czasem Opowiastki przyjęły rolę koncertu życzeń, a Muchomorek i Czereśnia jedynie odtwarzały, zamiast tworzyć nowe.

Tym razem padło na Czochera. Muchomorek w przypływie weny kreśliła losy bohaterki.

- może tym razem utrzemy nosa Dusi? – zachichotała.

Tym razem w świecie Opowiastek Czocher wspięła się na Mount Everest, ryzykując życiem. Zdetronizowała Dusię i zdobyła wielką fortunę, którą szybko odebrała jej przebiegła Carolli, metodą „na wnuczka”. Sprawczyni pozostała nieuchwytna.

Autorki bloga po publikacji zniecierpliwione obserwowały forum. Niestety, nowa historia nie przypadła do gustu każdemu.

Pierwsza napisała Niuta:

Nudne, nie ma mnie. Chcę siebie i mojego męża!

Niucie wtórowała Dusia

Zdecydowanie za mało mnie, nie czytam tego!

Marchewka narzekała

Nie odgrywam roli autorytetu!

Czocher skwitowała krótkim

Może być.

Muchomorka bolała duma. Tyle pracy włożyła w spisanie swoich myśli, które nie zostały docenione. Dziewczyna wzięła do ręki telefon.

- halo, Czereśnia? Czuję wyzwanie. Masz zlecenie na Dusię i Niutę. Zrób z Duśki sukę, a Niucie dołóż Manuela. Marchewka może obronić pracę magisterską.

- się robi. – odparła Czereśnia, jednocześnie stukając w klawiaturę.

Czereśnia odwaliła kawał dobrej roboty. Zaserwowała czytelnikom dużą dawkę Duśki znęcającej się nad Pupkiem i radosną Niutę adorowaną przez Manuela. Urok postaci zwalał z nóg nawet sceptycznego zwykle Muchomorka. Dziewczęta opublikowały kolejne dzieło. Na komentarze nie musiały długo czekać:

Megi

Gdzie ja?

Igas

W etykietach wyprzedzają mnie Duśka, Czocher i Niuta. Dlaczego nie piszesz o mnie?

Malinka

Gdzie ja i Merlin?? Wpisz go gdzieś, daj mu epizod, BŁAGAM!

Marchewka

Wolałabym doktorat.

Na szczęście goryczkę łagodziły pozytywne, choć nie przesadne komentarze Duśki i Niuty, które były zadowolone z tego odcinka.

- faktycznie, dawno nie było Merlina. – stwierdziła Czereśnia, krzywiąc się na widok niezadowolenia czytelniczek.

- nie możemy za każdym razem pisać o wszystkich, ale możemy wpleść jakieś epizody. Sprzedawca lodów, czy coś. – zaproponowała Muchomorek, wpisując nick Gaby w etykiety nowej historii.

Nowa opowiastka poświęcona została w całości Merlinowi i Malince. Gościnnie udział wzięły Megi, Igas i Gaba, która już wcześniej wyrażała niezadowolenie ze swej nieobecności.

Tym razem Malina była wniebowzięta, postanowiła jednak wyrazić krytykę:

Nie podoba mi się to, co robi Merlin w trzecim akapicie! Dlaczego nie mogę się z nim zabawiać? Oprócz tego miód.

Gaba

Jestem zasranym epizodem.

Nieznany pokemon

Dlaczego piszecie tylko o elicie??

Dobi

Piszcie TYLKO o elicie! Zero plebsu!

Dziewczęta pracowały w pocie czoła. Starały się zadowolić każdą czytelniczkę. Zaczęły zaniedbywać szkołę i zbierać złe oceny. W klubie panowała atmosfera niezdrowej rywalizacji. Każda z dziewczyn chciała zostać opisana na blogu i prowadzić w rankingu popularności.

Dusia

Stanowczo za mało mnie! Kolejna opowiastka powinna być moją biografią. Płacę z góry.

Czocher

Nie słuchajcie Dusi, tego żala. Zamawiam 20 opowiastek na dni…

Malinka

Poproszę o zmianę zachowania Merlina w nowej opowiastce!

W ten oto sposób Opowiastki przekształciły się w firmę „Opowiastki Sp.z.o.o.”, czyli prywatną agencję reklamową uczestniczek klubu. Cała fabuła straciła polot, opowiastki zajmowały najwyżej jedną stronę A4, a autorki nie sypiały po nocach starając się zaspokoić potrzeby czytelnicze dziewczyn.

Wtedy do akcji wkroczyłam ja, czyli Bażant

- co to ma znaczyć?

Muchomorek i Czereśnia siedziały jak na dywaniku u dyrektora.

- nie widzicie dokąd to prowadzi?? Stałyście się (średnio) opłacanymi niewolnikami!

- ale Bażant, my nadal piszemy co chcemy! – zaczęła Muchomor

- wydaje ci się. Zobacz co narobiłyście! Ty jesteś zagrożona z chemii, Czereśnię wyrzucą ze szkoły za wagary… od Duśki i reszty dostajecie psie pieniądze. Opłaca się? Jeszcze chwila, a ujawnicie swoją tożsamość.

Nad Opowiastkami zawisły czarne chmury. Na szczęście czujna Bażant trzymała rękę na pulsie.

- zbierzcie zamówienia. Zrobimy niezłą zabawę.

I tak też zrobiły. Dusia życzyła sobie królestwa i braku litości dla Pupka, Marchewka pięknego samca, Czocher wymagała obecności swojej i Putina, Malinka błagała o seks z Merlinem, Niuta chciała ślubu z Manuelem, Dobi Wersalu, a innych bohaterek było tyle, że długo wymieniać. Niedoczekanie ich.

Stardollowa spółka z przyzwyczajenia rozpoczęła lekturę bloga, ziewając i pilnując, czy wszystkie zamówione szczegóły się zgadzają.

Duśka łkała gorzko, przeżywając klęskę i upadek z tronu. Pupek śmiał się szyderczo.

Prawdziwa Dusia opluła monitor.

Carolli otrzymała ocenę niedostateczną z matematyki.

Carolli przed komputerem nie mogła uwierzyć.

Malina nie mogła uwierzyć. Jej Merlin z cycatą blondyną… w jej łóżku??

Malinka dostała ataku histerii

Niuta zamknęła oczy. Już miała zakosztować miękkich ust Manuela, gdy poczuła coś niebezpiecznego w gardle. Nie mogła już nic zrobić. Zanim się zorientowała, gaz błyskawicznie opuścił jej gardło i odbiło jej się. Manuel był zniesmaczony.

Niuta zemdlała.

Po tym incydencie wszystko wróciło do normy. Opowiastki znów były niezależne i niezawisłe. Amen.

Interpretację pozostawiam wam.

Tym razem nie ujawniłyśmy kim jesteśmy. Uważajcie jednak, następnym razem możemy nie być tak dyskretne.

Dobciuszek

Pucu pucu, myju myju.
- długo jeszcze będziesz szorować tę podłogę? Ten dźwięk mi przeszkadza! – rzekła zła siostra numer jeden, pijąc swą jadowitą jak ona sama herbatkę.
- już kończę! – odparła zdyszana Dobi, wstając z trudem.
- nie zapomnij o śniadaniu, robię się głodna! – zła siostra numer dwa wyciągnęła nogi na stół i rozkoszowała się widokiem zapracowanej dziewczyny. Złe siostry nie były prawdziwymi siostrami Dobi. Były parszywym gratisem w pakiecie z ich jeszcze bardziej parszywą macochą, która zagięła parol na jej ojca, gdy mama dziewczyny pożegnała się z tym światem. Dziś Dobi nie miała lekkiego życia. Każdego dnia wstawała o piątej rano, by napalić w piecu, wyszorować podłogę, zrobić siostrom śniadanie (macocha stosuje dietę lekką-fit), posprzątać, pozmywać, zrobić zakupy, posprzątać, umyć okna, poodkurzać, podać obiad, pozmywać… reszty się domyślacie.
Pewnego dnia jednak, do domu naszej bohaterki przyszło imienne zaproszenie na wielki bal. Podniecone siostry poprosiły swą matkę o pozwolenie na udział.
- ależ oczywiście, moje drogie. Jesteście najpiękniejsze i najmilsze na świecie! Idźcie, a nuż książę zakocha się w którejś z was! – zapiała zachwycona mama-Agnieszka do swych robaczywych córek
- tak, tak! – zawtórowała jej siostra numer jeden-Czocher i zatopiła się w fantazjach na temat uroczystości.
- potrzebuję nowej sukni! – tupnęła ze złością siostra numer dwa-Dusia i jej wzrok od razu powędrował ku biednej Dobi – Ty mi ją uszyjesz!

Nie było wyboru. Alternatywą był jedynie szlaban na jedzenie i oddychanie. Zaradna Dobi przywdziała więc białą pelerynkę i porwała koszyczek z pieniędzmi. Ruszamy na poszukiwanie tkaniny!
Droga do miasta wiodła przez las. Dobi pokonywała ją w podskokach, ze śpiewem na ustach. Nie podejrzewała nawet, że tuż za rogiem mieszka zły wilk czyhający na jej cnotę.
- Ani kroku dalej! – warknął wilk-Merlin śliniąc się obficie – co tam masz w maj… koszyczku?
- tylko pieniążki na tkaninę, nic więcej… - odparła szczerze Dobi, bez cienia strachu
- a może masz coś innego, co wilk-Merlinek by przekąsił, co? – zaśmiał się donośnie
- mam okulary po dziadku, daltonisto. – to mówiąc, wskazała na swą białą jak śnieg pelerynkę i już miała sprzedać napastnikowi zdrowego kopa, gdy zza krzaków wyskoczyła dziewuszka w czerwonym okryciu.
- wilku-Merlinku, hop hooop! Mam dla ciebie kiełbaski! – krzyknął Czerwony Malinowy Kapturek, wskazując na koszyczek.
- no to sobie pojemy. – wilk-Merlin oblizał się ze smakiem i ruszył w stronę dobrze wyposażonej dziewczynki.

Nasza bohaterka dotarła w końcu na bazar. Przebierając w tkaninach dla sióstr nuciła sobie tylko znaną melodię, gdy jej uszy zarejestrowały kolejną rodzinną kłótnię.
- nie znasz się! Ja zbuduję z drewna, będzie jak w lesie! – zachrumkała dumna z pomysłu Marchewka
- terefere, z drewna. To drogo! Ja wolę zainwestować w słomę, wtedy będę miała pieniądze na inne przyjemności! – fuknęła Igas, kręcąc ogonkiem.
Ryjek Megi wyrażał tylko politowanie.
- róbcie co chcecie. Ja kupuję cegły! – to mówiąc, odeszła w kierunku sklepu budowlanego, a jej kręcony ogonek kiwał się na boki.
Zaskoczona Dobi przetarła oczy ze zdumienia. Gadające świnki? W dodatku jedna z nich ma zielone włosy…
- to się nazywa delirium. – stwierdziła miła staruszka przechodząca obok – mam skuteczną odtrutkę, chcesz?
Oczom Dobi ukazało się najczerwieńsze jabłko, jakie w życiu widziała.
- chciałabym… ale nie mam pieniędzy. – powiedziała nadal zszokowana widokiem świnek Dobi.
- ten egzemplarz możesz mieć gratis – rzekła staruszka i schowała jabłko do koszyczka Dobi
Dziewczynka nie wiedziała co o tym myśleć. Nigdy nie ufała nieznajomym, w dodatku od tej zalatywało kulami na mole… Załatwiwszy sprawunki, bohaterka postanowiła wrócić do domu, w którym czekały już poirytowane siostry i macocha.
- gdzie ty się podziewałaś? A nasze sukienki? – syknęła Dusia
- kupiłam najdroższy i najlepszy materiał na bazarze. Zaraz zacznę szyć.
Tak też zrobiła. Spod jej ręki wyszły trzy piękne kreacje. Brzoskwiniowa dla Dusi, błękitna dla Czochera i krwistoczerwona dla macochy-Agnieszki. Dziewczęta wybrały swoje wyjściowe pantofelki i były już gotowe na bal. Śmiejąc się szyderczo, machały Dobi z taksówki.
- wreszcie mam trochę spokoju. – sapnęła dziewczyna siadając na kanapie
- niedoczekanie twoje!
- kto to powiedział? – zdziwiła się Dobi – może powinnam zjeść to podejrzane jabłko na delirium…?
- ani mi się waż! – krzyknęła mała postać w bieli zeskakując z parapetu
- kim jesteś? – warknęła poirytowana kolejną ingerencją obcych Dobi
- to ja, twoja matka chrzestna! – zaśmiała się perliście Carolli, ukazując białe zęby. – chcesz wiecznie siedzieć w tym domu, jak jakaś niedojda, czy może zabawić się na balu?
- ale nie mam w co się ubrać, o transporcie nie wspominając.
- zdradzę ci pewną tajemnicę. W szkole nazywają mnie McGyver. Znajdź mi kawałek cegły, sznurek, patyk i małą miskę. – szepnęła konspiracyjnie Carolli
Dobi była sceptyczna. Uznała jednak, że nieznajoma nie da jej spokoju, jeśli dziewczyna nie spełni jej prośby. Zebrała zatem wymagane przedmioty i rozłożyła je na trawniku przed domem.
- teraz nie patrz! – zarządziła Carolli.
Dobi posłusznie odwróciła się plecami do Carolli, która tworzyła coś z prawie niczego. Po chwili została poproszona o odwrócenie się.
Dziewczyna zaniemówiła. Zobaczyła najpiękniejszą suknię z kolekcji Marii Antoniny w komplecie z limitowanymi pantofelkami. Na drodze zaś stało nowiutkie Porsche wysadzane diamentami. Za kierownicą siedział oczywiście przystojny szofer w ciemnych okularach.
- baw się dobrze. Tylko nie zapomnij wrócić przed północą! – zachwycona swym osiągnięciem Carolli mrugnęła porozumiewawczo.
Dobi posłusznie wsiadła do samochodu i pomknęli w stronę zamku króla.

Warto wspomnieć o pewnym incydencie, który zdarzył się w drodze na bal. Mknąc przez znajomy las, Dobi zauważyła biegnące postaci.
- ratuuunkuu! – kwiczała świnka-Marchewka przebierając kopytkami
- odejdź precz wilku! – chrumkała przerażona świnka-Igas
No tak. Domki Marchewki i Igas zostały zniszczone przez wilka-Merlina. Drewno i słoma nie stanowiły dla niego żadnej przeszkody. Dobi o złotym sercu postanowiła im pomóc, lecz jedynym przedmiotem pod ręką było jabłko, które dostała na bazarze. Nie namyślając się długo, wycelowała.
Jabłko trafiło wilka-Merlina w głowę.
- dostałem jabłko! Ale smakowite… - i już po chwili nie było nawet ogryzka.
Świnki pochowały się w lesie, a Dobi nie odjechała jeszcze zbyt daleko, gdy magicznie zatrute jabłko zaczęło działać. Twarz wilka-Merlina nabrała koloru zgniłej zieleni. Jedynym ratunkiem były pobliskie krzaczki.
- wilku-Merlinkuu, idziemy na baal? – zaświergotała radośnie Malinka, machając koszyczkiem
- Malinkoo, to chyba nie jest dobry moment. Mam niestrawność! – wilk-Merlinek już żałował pogoni za świnkami – nie masz przypadkiem w swym koszyczku herbatki dla chorego wilka?

Tymczasem panna Dobi dotarła na bal. Zabawy i hulanek było aż zanadto. Na scenie szalał nieokiełznany duet. Niuta darła się do mikrofonu, tańcząc taniec-połamaniec, ku wielkiej radości Manuela, gitarzysty. W końcu para udała się na parkiet, puszczając uprzednio ckliwą balladę z taśmy.
Na sali był tego wieczoru jeszcze ktoś.
Widząc zniewalająco piękną dziewczynę o niemal królewskim obliczu, jego serce zabiło mocniej i szybciej. Podszedł więc do Dobi, prosząc ją do tańca. Dziewczyna, skrępowana nieco, zgodziła się.
Para przetańczyła cały wieczór. Ich walce i tango zdobywały brawa całej sali. Fokstrota jednak oddali wilkowi-Merlinowi i Malinowemu kapturkowi, którzy uporali się już z niestrawnością i przybyli na bal. W chwili przerwy młodzi postanowili zwilżyć nieco usta, wyschnięte od ciągłych rozmów na przeróżne tematy. Sącząc drinka, dziewczyna zauważyła dwie postaci u szczytu schodów.
- Maniu, dziubaasku, chodźmy na górę! – zniecierpliwiona Niuta ciągnęła rękaw swego oblubieńca
- fraulein Niuta, jeszcze nii! – Manuel marudził niczym zaaferowane zabawą dziecko
- ale Maniu, już prawie północ! – w tym momencie zegar zaczął wybijać godzinę.
Przerażona Dobi przypomniała sobie słowa Carolli i spostrzegła, że jej suknia zaczyna się topić. Nie żegnając się z Księciem, który poszedł po kolejne drinki, dziewczę uciekło z zamku, gubiąc pantofelek.

- ach, cóż za bal! – rozpływała się macocha-Agnieszka.
- maamo! – tupnęła ze złością Dusia – totalny niewypał. Książę tańczył tylko z jakąś wypindrzoną lalą!
- ja się tak nie bawię! – zawtórowała jej Czocher i zaczęła gorzko łkać.
Dobi, polerując kafelki, przysłuchiwała się zamieszaniu. Była dumna z wywołanego zamieszania. Nie spodziewała się tylko jednego – Książę we własnej osobie postanowił przemierzyć królestwo, by odnaleźć towarzyszkę wieczoru.
W końcu zawitał do domu Dobi.
- witamy w naszych skromnych progach. Dobi, zrób księciu kawy! – rozkazała macocha-Agnieszka
- chciałem panie prosić o przymierzenie tego oto pantofelka! – zakomunikował książę – moja towarzyszka na balu uciekła w pośpiechu i zgubiła bucik.
- ja pierwsza!!! – krzyknęła Duśka, popychając Dobi i Czochera. Niestety, pantofelek nie pasował na Dusię, która miała płaskostopie.
- może wobec tego panna Czocher? – spytał nieśmiało Książę. Stopa Czochera była jednak zbyt szeroka i nie mieściła się do pantofelka.
- dosyć tego, teraz ja! – krzyknęła macocha-Agnieszka i przysiadła na stołku do przymierzania. Kobieta usiłowała wcisnąć pantofelek tak mocno, że prawie pękł, po czym spektakularnie zeskoczył spod napierającej stopy.
- jak widzę, jest jeszcze panienka Dobi! – stwierdził Książę, nie tracąc nadziei.
- coo? – twarz Czochera wyrażała niezmierne zdziwienie – przecież to tylko nasza służka!
- właśnie, w dzień balu całą noc wyszywała nam skarpetki! – oznajmiła równie zdziwiona Dusia.
Dobi z satysfakcją zajęła miejsce na stołku, a Książę przyodział jej stopę w bucik.
Pantofelek pasował jak ulał.
Dusia, Czocher i macocha-Agnieszka zapowietrzyły się.
- panno Dobi, wreszcie panią znalazłem! – rzekł wzruszony Książę.
- jak śmiałaś?? – oburzone siostry przekrzykiwały się
- a to ci dopiero! – spostrzegł wilk-Merlin, zaglądając przez okno
- jak romantycznie! – wtórowała mu Malinka
- Maniu, kup mi takie buciki! – zachwyciła się przechodząca nieopodal Niuta
- gratulujemy pannie Dobi! – kwiknęły trzy świnki
- makaron…- znudzona zamieszaniem Dobi przeciągle ziewnęła.
Panna Dobi wyszła za Księcia i para zamieszkała w pałacu z wielkim ogrodem. Bohaterka szybko przywykła do władzy i zemściła się na złych siostrach i macosze, nakładając na lud wysokie podatki. Wyciągając wnioski z przygody świnek, nakazała każdemu obywatelowi wybudować dom z cegieł, których była wyłączną importerką.
I żyli długo i szczęśliwie.

czwartek, 29 grudnia 2011

RATUJ SIĘ KTO MOŻE!

RATUJ SIĘ KTO MOŻE!
Słońce właśnie wznosiło się nad krainą Poland-Polska, gdy do każdej pary uszu dotarła zatrważająca wiadomość:
- CZOCHER ZDAJE DZIŚ EGZAMIN NA PRAWO JAZDY!
Na te słowa w miasteczku zapanował popłoch. Kierowcy szybko wjeżdżali swoimi samochodami do garażu, młodzież gimnazjalna pospiesznie gasiła niedopalone papierosy, a matki przerażone wyciągały swe pociechy z piaskownicy.
Czocherowi nie brakowało pewności siebie w tym jakże pięknym dniu. Dobiegła na parking podskakując. Przy samochodzie czekał już brzuchaty mężczyzna w średnim wieku – pan Hieronim.
- wsiadać! – zarządził i zamknął z hukiem drzwi, uderzając Czocherka w nos, który nabrał koloru śliwki. Dziewczyna powoli rozpoczęła manewrowanie pojazdem i z piskiem opon ruszyła przed siebie.
Igas, jak co rano uprawiała jogging, przystając gdzieniegdzie, by rozciągnąć swe stare mięśnie. Wrzask ze słuchawek skutecznie zagłuszył w tym dniu nawoływania o nieubłaganej zagładzie, więc nieświadoma niczego niewiasta beztrosko biegła i śmiała się do całego świata. Wtedy usłyszała dźwięk, który zelektryzował wszystkie jej kiszki. Pisk opon, warkot silnika, heavy metal z radia i wrzaski pana Hieronima przebiły się przez mroki słuchawek Igasa. Dziewczyna szybko zaczęła kalkulować w myślach. W mgnieniu oka podliczyła dni, bynajmniej nie w celach antykoncepcyjnych. Tak, nadjeżdża Czocher.
Nie wiedząc gdzie się podziać, Igas stanęła na drodze z otwartą buzią. Na szczęście refleks Czochera zadziałał i zdołała ona wyminąć żywą przeszkodę. Pan Hieronim był pod wrażeniem.
- jedziemy dynamicznie, co? – spytał wesoło i podkręcił radio. Dzisiaj słodka jak miód radiostacja królowej Agnieszki serwowała muzykę pasującą do tego dnia. Dudnienie perkusji i gitar roznosiło się echem po całej Poland-Polsce.
- No, tu mnie nie zabije! – ucieszyła się So cute dumna ze swego pomysłu. Przebierała łopatką tak szybko, że migusiem wykopała dla siebie luksusowe schronienie. Była właśnie na etapie opuszczania drabiny do schronu, gdy zza zakrętu wyjechał szalony Czocher manewrujący jeszcze bardziej szalonym samochodem. So cute, tak samo jak Igas, nie mogła ruszyć się z miejsca. Jej chytry plan został zduszony w zarodku. Czocher nadjechał zbyt szybko. Pęd powietrza zawirował So cutką tak zwinnie, że biedna wpadła do wykopanego schronu bez pomocy drabiny.
Nieświadoma zagrożenia była również Marchewka. Po upojnej nocy z pięknym samczuchem jedyne dźwięki, jakie dochodziły do jej uszu to „Marchewko, wolisz soczek z malin, czy truskawek?”. Błogosławieni, którzy są nieświadomi. Spijając ostatnie krople truskawkowego nektaru, Marchewka porwała kluczyki do swego nowego ferrari. Sprawy same się nie załatwią!
Uśmiechając się błogo, sięgnęła do radia wybierając ulubione nagranie. Była to oczywiście symfonia Bacha. Dziewczyna odpaliła silnik i wyjechała z garażu.
Nucąc dźwięki ulubionej symfonii, mknęła leśnymi drogami nie przypuszczając, że może stać się tragedia. Szalony Czocher mknął prosto na nią.
- HAMUJ! – krzyknął pan Hieronim w trosce o swoje życie.
Czujna Marchewka ominęła zagrożenie, a Czocher, choć nacisnęła hamulec, z czocherową gracją uderzyła w drzewo.
- co ja teraz zrobię?? – nasza bohaterka ze łzami w oczach złapała się za głowę
Na szczęście pan Hieronim miał niecny plan.
- Czocher, wszystko w porządku? – zaniepokojona Marchewka opuściła swe ferrari, by udzielić pierwszej pomocy.
- pani Marchewko! Czocher jest ranna! Proszę mi pomóc! – krzyczał pan Hieronim i machał każdą kończyną.
Marchewka, jako dobra niewiasta przystąpiła do akcji ratunkowej. Wyciągnęła z samochodu koleżankę, którą pan Hieronim zdążył już owinąć bandażem.
- TERAZ! – na umówiony znak Czocher uderzyła Marchewkę w głowę stalową rurką. Kobieta osunęła się na ziemię, a uczestnicy egzaminu prędko wsiedli do jej czerwonego ferrari i odjechali z miejsca zdarzenia. Egzamin wciąż trwał.
Czerwone ferrari Marchewki wraz z chytrą załogą dotarło do centrum miasteczka. Pech chciał, że tego dnia Malina postanowiła wyprowadzić Merlinka na spacer.
- Merlinku, nie rwij tak! Malinka nie poluzuje smyczy, o nie! – świergotała przejęta Malinka przechodząc ze swym ulubieńcem przez pasy. Wtedy nadjechała czerwona zagłada z Czocherem na pokładzie. W przypływie paniki, kandydatka na kierowcę zwolniła prędkość pojazdu.
- Merlinku, ratuuuuuuuuuuj! – krzyknęła Malinka i puściła smycz. Prędkość samochodu była zbyt niska, by z Maliny została bezkształtna masa. Dziewczyna wylądowała na masce i przez czystą jak okna na wiosnę szybę patrzyła prosto w oczy szalonego Czochera. Bohaterka niestety pomyliła pedały i zamiast zatrzymać się, dodała gazu. Malina krzyczała przerażona, a Merlin, jak zawsze posłuszny, biegł za samochodem ignorując niewygodną smycz.
- Maliiiiiinkaaaaaa! – nawoływał
- Merlinie! Żegnaaj! – pełna rozpaczy Malinka wyciągnęła rękę w geście rezygnacji.
Czocher nadal nie ogarniała sytuacji.
Wreszcie zbliżała się umówiona meta. Szloch Maliny, ryk silnika, symfonia Bacha i wrzaski Hieronima mieszały się w jedno. Czocher zawyła beznadziejnie i z determinacją nacisnęła hamulec. Ferrari, podatne na jej komendy zaparkowało dokładnie w wyznaczonym miejscu, gdzie stał już komitet powitalny. Zmęczony Merlin również dobiegł do mety, ale to Malinka dyszała, schodząc niepewnie z maski. Czocher wyszła z samochodu i wraz z populacją miasteczka postanowiła wysłuchać werdyktu pana Hieronima
- niniejszym ogłaszam iż panna Czocher… zdała egzamin na prawo jazdy! Gratuluję!
Miasteczko odetchnęło z ulgą. Już nigdy nie będą musieli uczestniczyć w kolejnym egzaminie Czochera. Zewsząd polał się szampan i wino. Atmosferę świętowania przerwała jednak Carolli:
- zaraz… przecież teraz ona będzie jeździć!
Miasteczko zamarło z przerażenia.
Koniec.

piątek, 2 września 2011

Trudna sprawa Maliny


„Obiecała mi, cipa.” – pomyślała dziewczyna kładąc się do snu. W jej umyśle, niczym satelita wokół ziemi, krążyło wspomnienie bitwy, jaka rozegrała się pod domkiem Carolli. Malina, jako dziewczę o dobrym serduszku, postanowiła wspomóc Niutę, która była jej bardzo droga. Zwabiła ją też obietnica, którą złożyła przyjaciółka.
Nasza bohaterka, zasypiając, doznała nagłego oświecenia i genialnej wizji. Szybko odnalazła swój oczojebnie malinowy telefon i postanowiła zadzwonić do jednej z koleżanek.
- halo, Gaba, co robisz?
- kupę. – stęknęła rozmówczyni nie przerywając czynności
- zadzwoń do mnie z samego rana. – rozkazała Malina – mam dla ciebie zadanie specjalne.
„Nie będę czekać na Niutę. Nie mogę. Plan musi być zrealizowany w tej chwili…” – pomyślała, rozłączając się. Po chwili przyjemnie szumiało jej w uszach i poczuła drobne ziarenka piasku pod powiekami. Sen zbliżał się nieubłaganie, przenosząc ją do cukierkowej krainy wspomnień…

- Mamoo, Krysi odpadła głowa! – krzyknęła Malinka zanosząc się płaczem.
- co się stało? – spytała mama, podnosząc z podłogi lalczyne zwłoki, czyli ciało i głowę z wyciętym otworem w miejscu ust.
- bawiła się z Krystiaaanem – dziewczynka nadal łkała, wiedząc, że w nieodwracalny sposób uśmierciła kochankę swojego ulubionego Kena.
- nie płacz, kochanie. Niedługo odwiedzi nas tatuś. Na pewno kupi ci nową Krysię. – mama, starając się uspokoić córeczkę, wytarła wystającego z jej noska gila.

Gdy zadzwonił dzwonek, Malinka pierwsza dobiegła do drzwi.
- taaataaa! – krzyknęła radośnie i otworzyła wrota malinowej posiadłości
Drzwi, otwierając się na oścież, ukazały sylwetkę wysokiego, długowłosego mężczyzny w szkarłatnym płaszczu.
Milczący przybysz usiadł na krześle podstawionym przez malinową mamę. Odmówił, gdy zaproponowano herbatę i coś mocniejszego.
Mężczyzna, widząc oczekujący wzrok córki, przypomniał sobie o celu wizyty. Grzebiąc w płaszczu, odnalazł mały pakunek. Oczom Malinki ukazała się nowa, rudowłosa Krysia o sępim spojrzeniu. Do pudełeczka dołączona była kartka: „dla Malinki od kochanego Papcia.”
Malinka była zbyt pochłonięta zabawą by zauważyć wychodzącą postać i zamykające się drzwi wejściowe.

Od tego czasu minęło dziewięć długich lat. Malina stała się pewną siebie, umiarkowanie niezależną, nastoletnią kobietą. Ruda Krysia i Krystian nadal spoczywali na jej biurku bynajmniej nie w grzeczniej pozycji. Malina wyrosła już jednak z zabawy lalkami. Od pewnego czasu jej zainteresowania wykraczały poza normy społeczne. Targana emocjami i własnym ja, od pewnego czasu marzyła o jednym. Bliskość fizyczna z wielkim Merlinem.

Gaba i Killy siedziały wygodnie na sofie w salonie Maliny. Jej mama właśnie podawała herbatkę, gdy dziewczyna rozsunęła przed gośćmi planszę z planem akcji.
- jesteś pewna, że to wypali? – spytała niepewnie Killy – nie wiem, czy potrafię udawać kurierkę. Wolałabym drugą rolę.
- Killy… Gaba jest jakby bardziej przystosowana do drugiej roli. Włoży piórka do dupki i będzie dobrze – zapewniała spokojnie Malina, bojąc się niewyparzonej gęby koleżanki
- to, że poczwara nie może odegrać mojej roli jest oczywiste, ale dlaczego mam paradować z piórkami w dupie? – zdziwiła się Gaba, omal nie dławiąc się ciastkiem.
- taki kostium zaprojektowałam i masz być cicho. Trzymaj się planu – zarządziła Malina, dumna ze swej przebiegłości.

Mężczyzna usłyszał dzwonek do drzwi. Prędko włożył szlafrok i przyczesał swoje aksamitne włosy grzebieniem. Przed drzwiami stała młoda dziewczyna z ogromną paczką.
- pan Merlin Męson?
- taa…
- mam dla pana paczkę.
- no domyślam się. Nawet na dziwkę jesteś za brzydka – Merlin przyjął paczkę i zamierzał zatrzasnąć drzwi, jednak nie docenił przebiegłości Killy.
- a pan jest tępym ćwokiem – odpowiedziała dziewczyna, pozwalając, by obelga dogłębnie spenetrowała uszy i mózg człowieka stojącego przed nią. Drzwi w końcu się zamknęły.
Merlin otworzył paczkę, mocując się z wszechobecnymi zabezpieczeniami. Jego oczom ukazał się wielki, pokryty czarnym lukrem tort. Mężczyzna aż przysiadł na samych pośladkach. „zajebioza.” – pomyślał.
To jeszcze nic. Na oczach naszego przystojniaka, wieko tortu zaczęło się podnosić. Merlin przetarł oczy ze zdumienia. Czy to grzybki, które zjadł dziś na śniadanie, czy może koniak wyprawia rewolucję nie tylko w jego jelitach? Wierzch tortu z gracją opadł na podłogę przed stopami Merlina.
Jedna nóżka i druga. Z tortu z gracją wyszła niewiasta w karnawałowym kostiumie rodem z Rio. Piórka w pupie dodawały całości uroku i lekkości. Przed jego oczami stanęła Gaba.
- Merlinie… to dla ciebie! – krzyknęła i rozpoczęła dziki taniec.
W końcu zbliżyła się do mężczyzny na tyle blisko, by skraść mu słodki pocałunek. Merlin zamknął oczy.
Zamiast ciepłych i miękkich warg, poczuł na twarzy wilgotną tkaninę. Wokół zrobiło się ciemno.

Gdy wizja zaczęła nabierać kolorów, powoli zaczął rozpoznawać znajome miejsce.
- dzień dobry! – krzyknęła Malina, z radości podskakując. – jesteś mój i tylko mój!
- Malina! W tej chwili mnie rozwiąż! – krzyknął mężczyzna ze łzami w oczach.
- niedoczekanie twoje! – pisnęła dziewczyna – będziemy się dobrze bawić!

Opis dalszych czynności z pewnością nie jest odpowiedni dla większości czytelników. Wiedzcie jednak, że Merlin przeżył napaść, choć został mocno sponiewierany.

Trudne sprawyyy zniknęły gdzieeś, niech twoje serce rozwiąże jeee, trudne spraaawyyy!

W małej miejscowości na prowincji zamieszkuje Angelika L. ze swoją córką Maliną. Kobieta jest po rozwodzie i samotnie wychowuje dziewczynkę. Merlin, były mąż Angeliki od kilku lat nie utrzymuje kontaktu z córką. Pewnego dnia, dziewczyna postanawia nawiązać kontakt z ojcem.

- Bo ja kocham Merlinka – szepcze Malina (14) – pociąga mnie i chcę go bić po pupci.
Mama Malinki nie widzi niczego nieprawidłowego w zachowaniu córki
- Malina dojrzewa, to normalne, że zaczyna interesować się płcią przeciwną – mówi Angelika (35).

Dziewczynka wpada na demoniczny plan. Decyduje się porwać ojca z pomocą koleżanek.
- zgodziłam się, bo lubię Malinę – odpowiada Gaba (16)

Malina odnosi sukces i po pewnym czasie Merlin staje się zakładnikiem w domu córki. Gwałcony i bity nie rozumie, dlaczego córka tak wcześnie zdecydowała się na aktywność seksualną.
- jak mogłaś mi to zrobić? Boli! I chcę papierosa! – Merlin tupnął ze złości.
- proszę, tatusiu. Nie złość się, byłam taka samotna!
- Malino… jak mogłaś? Odebrałaś mi skrycie pielęgnowane dziewictwo!
Szklanka koniaku wyleciała z rączki Maliny i z łoskotem rozbiła się o posadzkę kuchni.
- tatusiu... jak to możliwe? Jak to mamie zrobiłeś?
- normalnie, dałem jej chusteczkę, żeby wytarła nos po tym, jak ten drań ją…
- Merlin! Ty nie jesteś moim ojcem! – krzyknęła wyraźnie zszokowana Malina. - Mamo, dlaczego Merlin nie jest moim ojcem?
- uspokój się, dziecko. Czy to ma jakiekolwiek znaczenie?- odpowiedziała leniwie Angelika zmieniając kanały w telewizji.

Atmosfera w domu Męsonów stała się bardzo napięta. Angelika postanowiła podać pomidorową.

Malina z zażenowaniem wyłączyła telewizor.
- maamoo, dlaczego zrobili z nas jakichś idiotów? Przecież Merlinowi się podobało. Nawet wysłał mi w prezencie skarpetki!
Mama zrezygnowana pokiwała głową. „Coś ewidentnie mi tu nie pasuje. Nie mogę się skupić, nie mogę myśleć. Coś jest nie tak!”
Wtedy doznała olśnienia.
„no tak! Przesoliłam zupę!”

środa, 8 czerwca 2011

Trubadurem być.


- jestem dwulicową świnią, ale trudno. Należy jej się – powiedziała na głos Ziemowit smarując kanapkę pastą z żaby i majonezu. – jako naczelny cień pobawię się nią trochę i przeprowadzę zajedestrukcję!

Carolli przeżywała właśnie kryzys wieku młodzieńczego. Od kilku tygodni, zamiast jak zwykle pochłaniać książki pt. „Jak być elokwentną młodą damą”, udawała się na polankę, aby pozbierać kwiatki do nowego kompletu wazoników z podobiznami członków wiatrówki na każdym z nich. Jej znajomość kwiecia ograniczała się jednak tylko do stokrotek i kwiatków, które można znaleźć na drzewku starpunktowym, toteż postanowiła dekorować wazoniki petami, które jako pozostałości imprezy lokalnych dresów czekały na nią każdego poranka na odwiedzanej polance.

Ziemowit, wcześniej znana jako Niuta każdego ranka zaglądała do chatki Carolli w celach bynajmniej nie towarzyskich. Była szpiegiem. Mściwym, krwawym szpiegiem, który każdego dnia obiecywał sobie: „jutro się jej pozbędę…”. Carolli miała bowiem coś, czego Niuta skrycie pożądała: miejsce w etapie wojewódzkim konkursu humanistycznego.
I tak spędzały swe dni we dwie, grając w warcaby, wyszywając kordonkiem, rysując soft-pornosy, pogryzając orzeszki ziemne i oddając się innym, nie mniej zajebistym rozrywkom.

Niuta, przeżywając swego rodzaju twórczy impas, nie wiedziała jak ma przeprowadzić zniszczenie znienawidzonej „przyjaciółki”. Nagle poczuła jak przez jej ciało przepływa dreszcz penetrujący wszystkie możliwe zakamarki jej kiszek o sile większej niż frustracja łysych koksów na widok Michała Szpaka. Mrowienie przechodziło na zmianę z jednej półkuli mózgu na drugą, pobudzając zwoje mózgowe do analizy odbieranych bodźców. W końcu impuls elektryczny dotarł przez zamknięty obwód do żarówki i oświetlił mroki jej umysłu. Doznała olśnienia i na jej usta natychmiast spłynęła piosenka:
- Maalinka, Malinka, Malinka moja!

Malinka była jednak zajęta czymś innym i nawet nie myślała o swej koleżance. Walcząc z rozstrojoną bałałajką usilnie wypatrywała, czy jej pokrzywowe schronienie aby na pewno nie przyciągnie uwagi ochrony. Nadszedł moment idealny. Strażnik pełniący wartę w budce przy balkonie pochrapywał słodko, a rosły goryl na dole czym prędzej udał się w krzaczki nie podejrzewając, że przyczyną nagłego rozwolnienia są ciasteczka podarowane mu przez dziewuszkę z tą śmieszną gitarą.
Dziewczyna nie namyślała się długo. Prędko wyskoczyła z pokrzyw, chwyciła bałałajkę i wydała z siebie dziki kwik:
A wszystko bo Merlina kocham
I nie wiem jak bez niego mogę żyć
AIIJEEEEE
Chodź, pokażę ci…
W tym miejscu drzwi balkonowe rozwarły się na oścież i na balkon wystąpiła blada postać w krwawym szlafroku. Malince nie dane było cieszyć się tym widokiem, gdyż but rzucony przez Merlina wzbił się w powietrze i z impetem uderzył ją w nos.
Raz jestem twa Malinka raz Milenium gerl
Nie będzie nigdy bez Merlinka mnie!
Adoratorka usiłowała zakończyć pieśń, jednak stado komandosów i psów podążających w jej stronę spowodowało nagłe otrzeźwienie i potrzebę ucieczki tam, gdzie spoczywają zapomniane pokemony, zespół O-zone i zarchiwizowane demotywatory.

- Malina, otwieraj, biznes jest! – ryknęła Niuta dobijając się do drzwi pięściami i kolanami. – OPEN DE DOR.
Drzwi uchyliły się ukazując jedynie ogromny, czerwony nochal z plastrem.
- czego? – zakwiliła gospodyni przez nos
- no bo ten. Pomóż mi. – Niuta wyraźnie zbita z tropu nochalem nie wiedziała, jak poukładać słowa.
- nie wyjdę, wolę umrzeć! Merlin pogardził mą pieśnią! Przecież mnie kocha! Chcę go bić po puuupci! – zawyła i otworzyła drzwi pokazując się w pełnej krasie, to jest z podbitym okiem i bąblami po pokrzywach.
- luz, po tym jak mi pomożesz, ja pomogę tobie. Jeszcze będzie chciał żebyś biła go po pupci, przykuwała do kaloryfera, deprawowała i co tylko chcesz! Teraz skupmy się na mojej sprawie. Mam pewien plan…

- czas doglądnąć moich buraczków! – powiedziała do siebie Carolli i uzbroiła się w łopatkę i grabki. Dzięki specjalnej odżywce na bazie fusów makdonaldowskiej kawy zostawianych przez Duśkę, jej panią i dobrodziejkę, buraczki rosły jak na zawołanie. Sekretem owej mieszanki były charki Ronalda McDonalda, wzbogacone o wyciąg z konopi indyjskich. Całość, skrupulatnie mielona przez Ronalda w kamiennym moździerzu doprawiana była jeszcze kilkoma listkami i tak Duśka mogła rozkoszować się pełnią smaku aromatycznej kawy a la Ronald, a co najważniejsze, buraczki miały jedyny w swoim rodzaju nawóz, dzięki czemu rosły piękne i zdrowe.
Carolli nie było jednak dane cieszyć się popołudniem na łonie buraczków. Miała gości. Wychodząc z ogródka zauważyła charyzmatyczny duet w postaci Niuty i Maliny, zaopatrzonych w talerze i ogromny bęben.
- cześć Carolli, rozwalamy ci dom, żebyś nie poczuła się zbyt fajna – rzekła Niuta ukazując zęby, które z wyjątkiem brakującej jedynki były kompletne i śnieżnobiałe.
- no, a potem porywamy Merlina na gwałt! – zapiała z zachwytu Malina dzierżąc bęben tak mocno, jak gdyby był on co najmniej pewną częścią ciała jej oblubieńca.
- zaraz! Jak co? – zdziwiła się Carolli – Niuta! A nasze poranki z wyszywaniem? Myślałam, że jesteś moją przyjaciółką!
- to źle myślałaś, jesteś zryta. Malina! Zaczynamy! – to mówiąc przepuściła Malinę przed siebie i obie zaczęły maszerować wokół chatki niczym Izraelici wokół miasta Jerycho, krzycząc „make some noise!” i waląc w przyniesione ze sobą instrumenty.
- Malina! Śpiewaj! – wrzasnęła Niuta usiłując przekrzyczeć hałas wyprawiany przez koleżankę przygrywającą na bębnie
Meer-lin najlepszym naszym przyjacielem jest!
Meer-lin najlepszym naszym przyjacielem jest!
Meer-lin najlepszym naszym przyjacielem jest!
Jemu chwała, jemu cześć!

Oprócz jazgotu Maliny i wrzasków Carolli w okolicy nie działo się nic.
- coś innego, dupo!
Merlinku, Merlinku, co tam niesiesz w koszyku,
Merlinku, Merlinku, co w koszyku masz?
Mam wibrator stalowy, hej stalowy,
Na Malinę gotowy, hej, hej, gotowy!
Pod wpływem umiejętności wokalno-instrumentalnych dziewuszki co prawda zatrzęsła się ziemia, jednak chatka jak stała, tak stała. Malina jednak nie poddawała się:
Poszła dziś Malinka gwałcić Merlina!
Poszła dziś Malinka gwałcić Merlina!
A Merlinek zapił, a Merlinek zapił
Spermą szatana!
Ten rodzaj twórczości musiał zadziałać. Chatka Carolli rozpadła się na dwie części niczym Kinder niespodzianka, jednak nie uwolniła żadnej ładnej zabawki.
- dlaczego?! To była moja tajna skrytka! – wrzasnęła wściekła właścicielka i pobiegła do ogródka
Malina i Niuta, leżąc przed resztkami chatki popijały tanią colę myśląc, że tego dnia już nic ich nie zaskoczy, jednak widok Carolli lecącej w stronę słońca na buraku wielkości hipopotama szybko rozwiał ich wątpliwości. W przypadku Maliny wywołał nawet atak czkawki.