niedziela, 19 czerwca 2011

We don't need no education


- azaliż gżegżółka brzdąkając… - mruczała pod nosem usiłując znaleźć odpowiednie słowo. Nie, nie zajrzy do słownika. Nie da im tej satysfakcji. Niech wiedzą kto tu jest mistrzem ortografii.
Paulinka zamknęła laptopa i udała się na zasłużony odpoczynek po ciężkim dniu, obfitującym w tępienie analfabetów i dbanie o czystość języka. Gdzież rodzą się te wszystkie dysmózgi??

Jej znajoma była w siódmym niebie. Już od rana buszowała w sieci wyszukując przeróżne zagadnienia i odpowiadając na pytania zniecierpliwionej młodzieży.
- ciociu Marchewko, wyskoczył mi pryszcz na samym czubku nosa! Maciek nie będzie chciał mnie pocałować! – komunikat wiadomości wprawił ekspertkę w zadowolenie
- uspokój się. Przede wszystkim umyj twarz ciepłą wodą i zastosuj płyn Takiśmaki. Jest wybawieniem. Następnie odczekaj kilkanaście minut (nie rozgrzebuj brudnymi paluchami!) i spróbuj delikatnie zamaskować niedoskonałość. Nie ma za co – napisała dumna znawczyni tematu, zadowolona ze swej pozycji nadrzędnej. „Uświadamiam młodych, daję im wiedzę, niosę kaganek oświaty!” – pomyślała podniecona przeciągając się. Tak, ten dzień zaczynał się dobrze. Wypadałoby ruszyć zad i wyjść na zewnątrz. Ale tak jej się nie chce.

Poranek był rześki i spokojny. O dziwo, na ulicach tłumy. Pośród szarej masy przechodniów przechadzała się kolorowa istota odziana w pawie pióra.
- TEN BIEBER TO JEST IDEAŁ! ON UMI ŚPIEWAĆ, JAK TYLKO WESZED NA SCENEM ZROBIŁ SIE APLAUS! – krzyczała jakby do siebie. Tego było za wiele. Poruszona Paulina czym prędzej doskoczyła do dziewuszki w celu skorygowania rażących błędów.
- halo! Dziewczynko w piórkach! – nawoływała, jednak dziewczę oddalało się od niej, jak gdyby nie słyszało jej głosu. Podążając za postacią, bohaterka kilkukrotnie nawoływała usiłując zwrócić uwagę na okropne błędy w wypowiedzi. W końcu nieznajoma przystanęła i odwróciła się do Pauliny, stojącej kilka kroków za nią. Znajdowały się w wąskiej uliczce nieopodal starej kamienicy.
- masz mi coś do powiedzenia? – spytała dziewczyna z ironicznym uśmieszkiem
- nie mówi się „umi”, tylko „u…” – zaczęła Paulina zero sześć zero cztery, lecz nie skończyła zdania. Subtelny aromat eteru połechtał jej nozdrza zanim zdążyła pomyśleć „aj low słownik”.


Wieść o zaginięciu Pauliny szybko rozprzestrzeniła się wśród wszystkich, których kiedykolwiek poprawiła, a było tej czeladki sporo. Do osób zainteresowanych tą zagadką szybko dołączyła nieomylna Marchewka, stawiając sobie za cel rozwiązanie tajemnicy.
Na zgromadzenie członkowskie przybyło sporo osób związanych z klubem. Nie wszyscy się znali, lecz postanowili połączyć się we wspólnym celu, za jaki uznali odnalezienie Pauliny.
Z tłumu zszokowanych istot wyłoniła się postać eteryczna, wątła i wspaniała, powodując dziwne uczucie w różnych częściach ciała marchwi, a dziewczyna była pewna, że jej genialny umysł postanowił zakończyć swój żywot i jej oczom ukazał się anioł u bram niebios.
- Mmarchewka, tak? – spytał nieśmiało chłopiec, wyciągając rękę  – jestem Piotruś.
Więc był prawdziwy. Jedyny w swoim rodzaju, bishounen.

Chwile spędzone z Piotrusiem pozwoliły Marchewce odkryć nieznane zakamarki jej duszy. To podniecenie, gdy trzymała jego rękę, ten zachwyt nad jego urodą, ta dobroć… To właśnie dobroć sprawiła, że zapisał ich oboje do patrolu, który miał przeprowadzać poszukiwania Pauliny.
Podczas wieczornych poszukiwań, zaopatrzeni w latarki przeczesywali pobliski lasek sosnowy. To właśnie tutaj Paulina uwielbiała przesiadywać ze swoim jedynym przyjacielem, słownikiem Alojzym. Młodzi kochankowie ochoczo zeszli ze ścieżki, by zagłębić się w zarośla.
Nagle dziewczyna usłyszała świst i poczuła, że odrywa się od ziemi
- RATUNKUUU! CO SIĘ DZIEJE?
- wisisz. – odparł ze stoickim spokojem Piotruś, ani trochę zaskoczony pułapką, w której znajdowała się Marchewka, po czym odszedł w kierunku miasteczka.


Paulina, budząc się z okropnym bólem głowy od razu poczuła, że zbiera jej się na wymioty.
- ożesz… krew! – sapnęła, jednak uspokoiła się, czując przyjemny, owocowy zapach – no tak, mama robiła budyń…
Rozglądając się po lochu, w którym panował półmrok, dostrzegła łańcuchy, miskę i Marchewkę. Chwileczkę, Marchewkę? Wzrok jej nie mylił. Zielone włosy, mina konesera…
Przez wąskie okienko dostrzegła stos patyków porozrzucanych bez ładu i składu oraz gromadę spoconych facetów przerzucających węgiel z jednego zbiornika do drugiego.
Wtem rozległ się dźwięk otwieranego zamka i do lochu wpadł snop światła zza drzwi. We wrotach stały dwie smukłe i śmiałe autorki wyzwolenia uwięzionych dziewcząt.
- chwilę. Irenka? Niusi? – wymamrotała Marchew, nie do końca wiedząc gdzie jest i o co chodzi
- my we własnych dwóch osobach. Przybyłyśmy na ratunek. Zrobimy drugą apokalipsęęę? – spytała Irenka z nadzieją w głosie
- dobra, o tym pomyśli się później. Co się dzieje i dlaczego tu jesteście? – spytała zdezorientowana Paulina.
- zobaczycie jak się stąd ulotnimy. Przy okazji, zamknijcie oczy jak będziemy wychodzić.
Ostatnia rada nie została wysłuchana i tak oczom oswobodzonych ukazała się Mikropiksel siedząca okrakiem na kolanach zadowolonego z życia strażnika, jednocześnie dająca im znaki na migi.

- Irenka, masz wszystko?
- tak! - Odparła dumna dziewczyna – klucze oddane, kukły w workach są, buraki też. Carolli była zbyt zajęta… ale teraz patrzcie i oglądajcie cyrk.

Na widowisko nie trzeba było długo czekać. Gromadzony przez spoconych maczo węgiel zapłonął ciepłym blaskiem, pochłaniając suche patyczki tworzące dwa stosy. Na podwyższenie wstąpiły reprezentantki loży honorowej, Igas i Carolli.
- nadeszła wiekopomna chwila! – zaczęła Carolli tonem godnym fuhrera, jednak Iga szybko odebrała jej mikrofon
- no powiem po prostu: pieprzyć władzę, zasady i elementy ją reprezentujące! Pieprzyć reguły, słowniki i ekspertów! Na stos!
Po tych słowach spoceni maczo-meni wynieśli na zewnątrz dwa worki o wiadomej dla zgromadzonych zawartości i rzucili je na pastwę języków ognia.
Publiczność pod wodzą wiatrówki zaczęła krzyczeć i śpiewać, a Piotruś, ogarnięty euforią zaczął skandować: „NIE MA OŚWIATY! NIE MA OŚWIATY!”

Gdy worki zostały już pożarte przez ogień, nad horyzontem pojawiły się dwie postaci unoszące się kilkanaście metrów nad ziemią. Dosiadały one słynnych buraków Carolli.
- no chyba nie! – krzyknęła Paulina – Carolli? Duśka? Jak mogłyście?
- włacha! – wrzasnęła Marchew i pokazała zgromadzonym faka.
- niedoczekanie wasze! – syknęła Paulina z wyrazem triumfu na twarzy.
- nno! Włacha!

Dalszych wypowiedzi nie sposób przytoczyć, gdyż zgorszyłoby to małoletnich przeglądających tego bloga. Warto jednak wspomnieć o stratach i reakcjach tłumu na cudowne pojawienie się skazanych.
Carolli, jako zapalona hodowczyni buraków w przypływie złości pozbawiła się wszystkich włosów na głowie, grożąc dziewczętom pozwem o kradzież mienia. Czocher i Duśka, jedne z głównych mózgów intrygi mogły z powodzeniem startować w konkursie na sobowtóra ragemana, przy czym ta ostatnia wybiła sobie dwie jedynki w starciu ze strażnikiem, który zapinając spodnie próbował przekonać ją, że nie miał nic wspólnego z tym zajściem. Igas miała wszystko gdzieś i w spokoju popijała Spermę Szatana.

Irenka i Niusi, wprawdzie skazane na banicję, odnalazły szczęście na pobliskim osiedlu bloków, gdzie założyły rodziny i do samej śmierci opowiadały potomkom o swym udziale w kolejnej apokalipsie, z radości sikając i srając landrynkami.

Paulina opracowała własną edycję słownika ortograficznego, a Marchew wystąpiła w kilku spotach reklamowych. Kandydowała również do parlamentu europejskiego.

I żyli długo i gównianie, ale szczęśliwie.

wtorek, 14 czerwca 2011

Odwieczna wojna część 2

Ostatnim razem zostawiliśmy naszą bohaterkę-Czochera podczas ucieczki do Krainy Słodkości.
W tym samym czasie Duśka i jej wierny pies, Molka, grały głową Bin Ladena w zbijaka.
-Dusiu, Dusiu!- słychać było nagle rozdzierający ryk Molki- PIŁECZKA SIĘ POPSUŁA!
Zrezygnowana Duśka poszła za źródłem hałasu. Faktycznie, nos Bin Ladena odpadł a z dziury w głowie dyndał mózg na rdzeniu kręgowym. Molka była już bliska rozpaczy. Duśka musiała prędko coś wymyślić.
-Nie martw się, Molciu... Znajdziemy ci nową piłeczkę, co? Jaką byś chciała?- spytała, klepiąc psa po pysku. Molci zaświeciły się oczy.
-A mogłabym dostać piłeczkę Czochera?- spytała z nadzieją.
Duśka usmiechnęła się pod noskiem.
-Ależ oczywiście. Oczywiście. Mamusia ci ją załatwi...- powiedziała, po czym oddaliła się w kierunku swego pałacu.

_____________________________________________

Czocher była już prawie u celu. Mijała rzędy neonowo różowych znaków informujących ją, że 'za 10 słodkich metrów skręć w prawo :*' i tym podobne. Tracąc powoli wzrok na tych neonowych światłach, w końcu ujrzała ten upragniony- ostatni - 'Kochanie! Witaj w moim zameczku!'. Z ulgą otworzywszy oczy, wysiadła z Czocheromobilu by stanąć na różowej trawie swoimi szlachetnymi stópkami. Nagle zewsząd napadł ją atak słodkości. W tej krainie wszystko było różowe, białe, błękitne, cytrynowe czy malinowe. Wszystko ociekało słodyczą. Ujrzała ostateczny cel swej podróży- pałac. Pałac z różowego szkła. Przy wejściu powitały ją jednorożce i śpiewające koty. Czując, że zbiera jej się na wymioty, jak najszybciej pragnęła dostać się do Królowej. Wreszcie jeden z jednorożców otworzył jej wrota, wołając:
-Wasza Królewska Słodkość! Przybyła Czocher!- po czym odszedł, zostawiając Czochera na łasce słodkości.
Niepewnie stojąc na pluszowym dywanie, Czocher próbowała dostrzec gdzieś Królową. Nagle usłyszała dźwięk dzwoneczków i melodyjny śpiew. To był Ona.
Najsłodsza we wszechświecie. Zamiast krwi płynie w niej miód. Łzy to sam cukier. Oczy błyszczą jak lukier. Niepowtarzalna.
Carolli._________________________________________

Tymczasem Duśka w swym pałacu obserwowała chlipającą Molkę nad głową Bin Ladena. W myślach knuła już genialny,niecny plan.
Hipsterzy byli za słabi. Nie zdobędą głowy Czochera, mieli tylko zniszczyć jej psychikę.
Śmierć Czochera, zwycięstwo Duśki, przejęcie władzy nad światem i głowa Czochera do zabawy. To się wydawało być idealnym sposobem na spędzenie wieczności.
Musi tylko wymyśleć, jakby ten plan zreazlizować.
Uśmiech pod nosem zwiastował sukces.
-Sługo!-zawołała. Nie doczekawszy się nikogo, zawołała raz drugi. -Sługo! SŁUGO!!!
Nasłuchiwała, lecz nikt nie nadchodził.
-CAROLLI!- zawołała już wściekła. -Gdzie ona się podziewa?- denerwowała się, nie mogąc nigdzie znaleźć wiernej służki.
-Niech to szlag z taką niekompetentą obsługą! W dzisiejszych czasach piekielnie trudno o dobrego sługę- narzekała.
Nic nie szkodzi. Poradzi sobie bez niej.
Wielki Plan Zabicia Czochera czas było zacząć.
________________________________

-Carolli?- oniemiała Czocher. - To TY jesteś Królową Słodkości? Jakim cudem?! Przecież jesteś po stronie Duśki...-wpadała w panikę, czując już jakiś podstęp.
-Nie bój się,kochanie.- zaświergotała Carolli. - Nie zrobię ci krzywdy. Czekałam na ciebie od dawna. Przybywasz tu,bo potrzebujesz pomocy, prawda?Biedaczysko...
-Tak ta,dokladnie tak, Duśka nasłała na mnie armię hipsterów... W dodatku nie mam się czym jej zrewanżować, mam kiepski okres i...
-Cicho kochanie,cicho... Doskonale wiem, jak ci pomóc. I z przyjemnością to zrobię....
-Naprawdę?!...
-...ALE musisz mi pomóc. Zadam ci jedno, jedyne pytanie.- zbliżyła się do Czochera, zapalając różowe cygaro o smaku waty cukrowej- Czy chcesz zniszczyć Duśkę?
-Oczywiście!- żachnęła się Czocher.
Carolli prychnęła.
-Czocherku. Pytam się, czy chcesz ją zniszczyć. Zabić. Zmieść z powierzchni ziemi. Wtedy przejmiemy razem władzę nad światem... I nikt nam nie będzie przeszkadzał.
Do Czochera powoli zaczynała docierać ta piękna wizja.
-Jest jeden problem- kontynuowała Carolli - Czy będziesz w stanie zabić swojego odwiecznego wroga? Czy przez te wszystkie wspólne stulecia nie staliście się sobie bliskie? Zabijając ją, zabijesz cząstkę siebie. Swoj wróg to tak jak przyjaciel...
Czochera zaczęły teraz nachodzić negatywne myśli. Szybko je jednak odrzuciła.
-Zgoda. -powiedziała. -Zabijemy gnoja.
-I o to mi chodziło -mruknęła z zadowoleniem Carolli, nalewając sobie ognistej różowej whisky.



środa, 8 czerwca 2011

Trubadurem być.


- jestem dwulicową świnią, ale trudno. Należy jej się – powiedziała na głos Ziemowit smarując kanapkę pastą z żaby i majonezu. – jako naczelny cień pobawię się nią trochę i przeprowadzę zajedestrukcję!

Carolli przeżywała właśnie kryzys wieku młodzieńczego. Od kilku tygodni, zamiast jak zwykle pochłaniać książki pt. „Jak być elokwentną młodą damą”, udawała się na polankę, aby pozbierać kwiatki do nowego kompletu wazoników z podobiznami członków wiatrówki na każdym z nich. Jej znajomość kwiecia ograniczała się jednak tylko do stokrotek i kwiatków, które można znaleźć na drzewku starpunktowym, toteż postanowiła dekorować wazoniki petami, które jako pozostałości imprezy lokalnych dresów czekały na nią każdego poranka na odwiedzanej polance.

Ziemowit, wcześniej znana jako Niuta każdego ranka zaglądała do chatki Carolli w celach bynajmniej nie towarzyskich. Była szpiegiem. Mściwym, krwawym szpiegiem, który każdego dnia obiecywał sobie: „jutro się jej pozbędę…”. Carolli miała bowiem coś, czego Niuta skrycie pożądała: miejsce w etapie wojewódzkim konkursu humanistycznego.
I tak spędzały swe dni we dwie, grając w warcaby, wyszywając kordonkiem, rysując soft-pornosy, pogryzając orzeszki ziemne i oddając się innym, nie mniej zajebistym rozrywkom.

Niuta, przeżywając swego rodzaju twórczy impas, nie wiedziała jak ma przeprowadzić zniszczenie znienawidzonej „przyjaciółki”. Nagle poczuła jak przez jej ciało przepływa dreszcz penetrujący wszystkie możliwe zakamarki jej kiszek o sile większej niż frustracja łysych koksów na widok Michała Szpaka. Mrowienie przechodziło na zmianę z jednej półkuli mózgu na drugą, pobudzając zwoje mózgowe do analizy odbieranych bodźców. W końcu impuls elektryczny dotarł przez zamknięty obwód do żarówki i oświetlił mroki jej umysłu. Doznała olśnienia i na jej usta natychmiast spłynęła piosenka:
- Maalinka, Malinka, Malinka moja!

Malinka była jednak zajęta czymś innym i nawet nie myślała o swej koleżance. Walcząc z rozstrojoną bałałajką usilnie wypatrywała, czy jej pokrzywowe schronienie aby na pewno nie przyciągnie uwagi ochrony. Nadszedł moment idealny. Strażnik pełniący wartę w budce przy balkonie pochrapywał słodko, a rosły goryl na dole czym prędzej udał się w krzaczki nie podejrzewając, że przyczyną nagłego rozwolnienia są ciasteczka podarowane mu przez dziewuszkę z tą śmieszną gitarą.
Dziewczyna nie namyślała się długo. Prędko wyskoczyła z pokrzyw, chwyciła bałałajkę i wydała z siebie dziki kwik:
A wszystko bo Merlina kocham
I nie wiem jak bez niego mogę żyć
AIIJEEEEE
Chodź, pokażę ci…
W tym miejscu drzwi balkonowe rozwarły się na oścież i na balkon wystąpiła blada postać w krwawym szlafroku. Malince nie dane było cieszyć się tym widokiem, gdyż but rzucony przez Merlina wzbił się w powietrze i z impetem uderzył ją w nos.
Raz jestem twa Malinka raz Milenium gerl
Nie będzie nigdy bez Merlinka mnie!
Adoratorka usiłowała zakończyć pieśń, jednak stado komandosów i psów podążających w jej stronę spowodowało nagłe otrzeźwienie i potrzebę ucieczki tam, gdzie spoczywają zapomniane pokemony, zespół O-zone i zarchiwizowane demotywatory.

- Malina, otwieraj, biznes jest! – ryknęła Niuta dobijając się do drzwi pięściami i kolanami. – OPEN DE DOR.
Drzwi uchyliły się ukazując jedynie ogromny, czerwony nochal z plastrem.
- czego? – zakwiliła gospodyni przez nos
- no bo ten. Pomóż mi. – Niuta wyraźnie zbita z tropu nochalem nie wiedziała, jak poukładać słowa.
- nie wyjdę, wolę umrzeć! Merlin pogardził mą pieśnią! Przecież mnie kocha! Chcę go bić po puuupci! – zawyła i otworzyła drzwi pokazując się w pełnej krasie, to jest z podbitym okiem i bąblami po pokrzywach.
- luz, po tym jak mi pomożesz, ja pomogę tobie. Jeszcze będzie chciał żebyś biła go po pupci, przykuwała do kaloryfera, deprawowała i co tylko chcesz! Teraz skupmy się na mojej sprawie. Mam pewien plan…

- czas doglądnąć moich buraczków! – powiedziała do siebie Carolli i uzbroiła się w łopatkę i grabki. Dzięki specjalnej odżywce na bazie fusów makdonaldowskiej kawy zostawianych przez Duśkę, jej panią i dobrodziejkę, buraczki rosły jak na zawołanie. Sekretem owej mieszanki były charki Ronalda McDonalda, wzbogacone o wyciąg z konopi indyjskich. Całość, skrupulatnie mielona przez Ronalda w kamiennym moździerzu doprawiana była jeszcze kilkoma listkami i tak Duśka mogła rozkoszować się pełnią smaku aromatycznej kawy a la Ronald, a co najważniejsze, buraczki miały jedyny w swoim rodzaju nawóz, dzięki czemu rosły piękne i zdrowe.
Carolli nie było jednak dane cieszyć się popołudniem na łonie buraczków. Miała gości. Wychodząc z ogródka zauważyła charyzmatyczny duet w postaci Niuty i Maliny, zaopatrzonych w talerze i ogromny bęben.
- cześć Carolli, rozwalamy ci dom, żebyś nie poczuła się zbyt fajna – rzekła Niuta ukazując zęby, które z wyjątkiem brakującej jedynki były kompletne i śnieżnobiałe.
- no, a potem porywamy Merlina na gwałt! – zapiała z zachwytu Malina dzierżąc bęben tak mocno, jak gdyby był on co najmniej pewną częścią ciała jej oblubieńca.
- zaraz! Jak co? – zdziwiła się Carolli – Niuta! A nasze poranki z wyszywaniem? Myślałam, że jesteś moją przyjaciółką!
- to źle myślałaś, jesteś zryta. Malina! Zaczynamy! – to mówiąc przepuściła Malinę przed siebie i obie zaczęły maszerować wokół chatki niczym Izraelici wokół miasta Jerycho, krzycząc „make some noise!” i waląc w przyniesione ze sobą instrumenty.
- Malina! Śpiewaj! – wrzasnęła Niuta usiłując przekrzyczeć hałas wyprawiany przez koleżankę przygrywającą na bębnie
Meer-lin najlepszym naszym przyjacielem jest!
Meer-lin najlepszym naszym przyjacielem jest!
Meer-lin najlepszym naszym przyjacielem jest!
Jemu chwała, jemu cześć!

Oprócz jazgotu Maliny i wrzasków Carolli w okolicy nie działo się nic.
- coś innego, dupo!
Merlinku, Merlinku, co tam niesiesz w koszyku,
Merlinku, Merlinku, co w koszyku masz?
Mam wibrator stalowy, hej stalowy,
Na Malinę gotowy, hej, hej, gotowy!
Pod wpływem umiejętności wokalno-instrumentalnych dziewuszki co prawda zatrzęsła się ziemia, jednak chatka jak stała, tak stała. Malina jednak nie poddawała się:
Poszła dziś Malinka gwałcić Merlina!
Poszła dziś Malinka gwałcić Merlina!
A Merlinek zapił, a Merlinek zapił
Spermą szatana!
Ten rodzaj twórczości musiał zadziałać. Chatka Carolli rozpadła się na dwie części niczym Kinder niespodzianka, jednak nie uwolniła żadnej ładnej zabawki.
- dlaczego?! To była moja tajna skrytka! – wrzasnęła wściekła właścicielka i pobiegła do ogródka
Malina i Niuta, leżąc przed resztkami chatki popijały tanią colę myśląc, że tego dnia już nic ich nie zaskoczy, jednak widok Carolli lecącej w stronę słońca na buraku wielkości hipopotama szybko rozwiał ich wątpliwości. W przypadku Maliny wywołał nawet atak czkawki.

wtorek, 7 czerwca 2011

Opowiastki z życia gwiazdki, część druga


- miała pani dużo szczęścia. Służba w tych czasach kosztuje, a ten tutaj mógł paść na zawał, wylew, czy inne dziadostwo.
- tak, wiem, panie doktorze. Przysnęło mi się, a niestety, wypadki chodzą po ludziach.
- nie wiem czy jest pani gotowa, aby zobaczyć go w takim stanie –odparł doktor Burski chwytając za parawan oddzielający ich od poszkodowanego.
- proszę czynić honory.
Oczom Agnieszki ukazał się biedny sługus, który od stóp po piersi i ręce wykąpany został w gipsie. Pomimo uwielbienia, jakim ją darzył, patrzył na nią spode łba.
- JAK SIĘ NA KALENDARZYKU NIE ZNA, TO DO SZKOŁY WRACA!
- ale… to pewnie przez nerwy, wszystko się pokiełbasiło!
- NIE KIEŁBASI MI TUTAJ, TYLKO INWESTUJE W TAMPONY! – krzyknął zagipsowany i zamknął oczy mając nadzieję, że Agnieszka przestanie go widzieć, skoro on nie widzi jej.

Następnego poranka po tym okropnym zdarzeniu Agnieszka otworzyła oczy myśląc, że ostatnie wydarzenia były tylko złym snem, podobnym do tego, w którym Mariolka ma dłuższe tipsy, a Jola ciemniejszą opaleniznę.  Nic z tego. Miała okres, sługa nie mógł podać cappuccino, a jej klub został zniszczony. Wszystkie tematy zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nawet jej ulubiony – „Hot or not”. Wahając się pomiędzy narzuceniem członkom klubu odbudowy a wyrzuceniem wszystkich i ponownej selekcją, dostrzegła nową wiadomość w swojej skrzynce. „Stardoll admin. Znowu te zarazy… Zaraz! Co? Agnieszka Fryzjerka w trybie natychmiastowym wzywana na krakowski rynek pod groźbą usunięcia konta??”

Gdy tylko jej stopa opuściła wysadzany kryształkami Swarovskiego helikopter, zobaczyła coś na kształt areny pośrodku rynku i multum gapiów wokoło. Zbliżając się do obiektu zauważyła ogromny bilboard zapowiadający walkę stulecia. „OSTRA I SZALONA JAK NOŻYCZKI AGNIESZKA KONTRA… yy… NIE WIADOMO KTO! Już dziś! Nie przegap! Wstęp wolny.”
- oł szit.

Jakże głupia była myśląc, że może uciec. Niestety, rosły ochroniarz złapał ją za włosy i zaciągnął na arenę niczym wygłodniały chędożenia jaskiniowiec samicę do jaskini. Siedziała więc na taboreciku jak dziewczynka, która nie odrobiła pracy domowej. Wtedy usłyszała za plecami głos:
- możesz wybrać broń.
Była to ex-ruda ofiara ondulacji.
- dlaczego mi to robisz? Czyż nie mówiłam, że mi przykro? Nie chciałam zrobić ci krzywdy!
- oj, w takim razie ja nie chciałam zniszczyć ci klubu. Ups! – powiedziała kobieta zanosząc się śmiechem.
- jak to zrobiłaś? Nikt nie może włamać się na stardolla! To ostatni bastion uczciwych internautów! – jęknęła zapłakana Aga.
- jeszcze nie rozumiesz? To JA jestem stardollem! Nawet nie wiesz jak słabi i fałszywi są ludzie, którym zaufałaś. Pożyczyli mi swoje konta w zamian za obietnicę miliona stardollarów i dożywotniego członkostwa superstar! A admin? Hmm… w nocy było mu dosyć przyjemnie! – zaśmiała się dumna ze swego planu
- CALLIE? Ty naprawdę żyjesz? – tu nawet rexonie puściły nerwy i Agnieszka aż spociła się ze zdumienia.

Przygotowania do walki trwały nadzwyczaj szybko. Agnieszka pozbawiona pewności siebie wybrała do walki swoje najbardziej zaufane przedmioty: ulubioną suszarkę w kolorze fuksji, komplet grzebieni i wodę w spreju. Callie postawiła na klasyczną elegancję i zdecydowała, że użyje bata i nożyków do filetowania. W pierwszej fazie walki widoczna była zdecydowana przewaga przebiegłej Callie, która nożykami zdążyła już rozciąć ubranie przeciwniczki, zostawiając ją w komplecie bielizny wyszywanej cekinami.
Wtedy wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał.
- Agnieszko! Nie trać wiary w siebie!
- kim jesteś? – zdezorientowana bohaterka nie widziała już na opuchnięte oczy
- to ja! Stella! Twoja ukochana suszarka! Pomogę ci, tylko weź mnie do ręki!
Agnieszka zrobiła jak jej kazano i już po chwili poczuła nagły przypływ sił i mocy suszarki.
- ATAK WICHERKIEM! – zarządziła fryzjerka i zaatakowała rywalkę podmuchem zimnego powietrza z magicznej suszarki. Callie nie pozostała dłużna. Uderzyła dziewczynę batem, rozcinając jej policzek. Pod wpływem przyjaznej suszarki fryzjerka wiedziała jednak co robić i już po chwili nałożyła dwa rodzaje ataku.
- GWIAZDKI-SRASTKI! TURBOAKTYWACJA-WZYWAM! – krzyczała przejęta i obserwowała, jak Callie pada na ziemię przygnieciona wodospadem gwiazdek, porwanych przez strumień gorącego powietrza. Wygrała! Powrót suszarek do królestwa! 

Jeśli wydaje wam się, że w tym miejscu nastąpił triumf Agnieszki, nic podobnego. Bohaterka wycieńczona walką padła na ziemię i straciła kontakt z otoczeniem.
- Agniesiu! Obudź się! – łkała suszarka – Agniesiu! –niesiu! –iesiu! – esiu!
Głos suszarki był coraz dalej, jakby w studni. Nagle zrobiło się jasno. Agnieszka otworzyła oczy.
- co się stało? Dlaczego jestem w łóżku??
- Aga, wstawaj, zaraz masz szkołę!
- ale co…? Sen? CO? Dlaczego tu tak mokro?! I żółto… i… FUUUUUUUUUUUUUUJ! – krzyknęła dziewczyna, a jej głos było słychać nie tylko w Krakowie, lecz również w Warszawie, Kołobrzegu, Pradze i Honolulu.

Morał jest więc prosty i dobrze to wiesz,
Nie farbuj włosów, jak gówno umiesz.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Opowiastki z życia gwiazdki, część pierwsza

Był ciepły, jeszcze wiosenny poranek. Szukając po omacku butelki wody, dziewczyna stłukła co prawda lampkę, lecz już za drugim razem jej ręka sięgnęła po ten życiodajny płyn, tak istotny dla ludzkich ust po tak orgiastycznej uczcie, jaką był wczorajszy melanż na dzielni.
Po otwarciu jednego oka spostrzegła, że nadszedł już dzień.
- LELUM POLELUM, SPÓŹNIĘ SIĘ! – krzyknęła nagle i wyskoczyła z łóżka, spadając na walające się po pokoju dowody uwielbienia dzieci z różnych zakątków Polski. Wnet zorientowała się jednak, że nie może wystąpić przed ludzkością w dziurawej i przepoconej koszulce z imprezy, czy zarzyganych rajstopach. Postanowiła zrobić się na bóstwo.

Kilka chwil później, gdy poranna temperatura podskoczyła o kilka stopni Celsjusza, tłumy czekały już zgromadzone przed celem pielgrzymek pokemonów wszelkiej maści. Nagle tłum rozstąpił się, a otwierane wrota ukazały zgromadzonym blask i wdzięk nadchodzącej idolki. Na różowy dywan pewnym krokiem, stopami odzianymi w obuwie ze szlachetnej, jasnej skóry weszła ONA. Olśniewająca niczym czubki lakierków. Świeża jak ledwo zmieszana szamponetka. Rześka jak podmuch suszarki. Panna Agnieszka.
- pani Agnieszko! Tutaj proszę! Zechciałaby pani zapozować? O tak! Pięknie! – krzyczał nienaturalnie podniecony fan wyginający się w różnych pozycjach. Wszystko po to, by zdobyć zdjęcie królowej.
Dziewczyna ochoczo przystąpiła do pozowania posyłając buziaki i mrugając zalotnie w stronę obiektywu.

Dzień był bardzo pracowity. Oprócz tradycyjnego układania i palenia włosów prostownicą bądź suszarką kilka klientek zażyczyło sobie trwałą ondulację. Jedna z nich, tajemnicza niewiasta, poprosiła dodatkowo o przefarbowanie włosów na rudo i balayage. Fryzjerka przejęta takim wyzwaniem w swej karierze czym prędzej rozpoczęła przygotowania do wymienionych zabiegów.
Po trwałej ondulacji u tajemniczej niewiasty przyszedł czas na koloryzację. Agniesia długo i starannie nakładała przygotowaną mieszankę, usiłując dogodzić tak znakomitej klientce. Nie spostrzegła nawet, że kobieta cały czas bacznie ją obserwuje. W owej euforii nasza bohaterka sięgnęła po ulubioną suszarkę w kolorze fuksji i poczęła suszyć owłosienie teraz rudowłosej damy.
Chwilę później, klientka była już gotowa do wyjścia.
- chwileczkę, pani Agnieszko, zanim zapłacę, chciałabym jeszcze spojrzeć w lustro. – to mówiąc, złapała kosmyk swych długich włosów i pociągnęła za końcówkę.
- aale, jak tooo???? – szepnęła Agnieszka obserwując włosy kobiety, które ciągnęły się wokół jej palca jak guma
- nie wie pani? Taka z pani gwiazda-fryzjerka a nie wie? NIE WOLNO FARBOWAĆ WŁOSÓW I ROBIĆ TRWAŁEJ W KRÓTKIM ODSTĘPIE CZASU, DZIFFKO! – twarz rudowłosej, prawie pozbawionej włosów klientki kolorem przypominała teraz wspomnianą suszarkę.
- ALE NAM NA PRAKTYKACH NIE MÓWIIIILIIII! ABUUUUUUU! – jęknęła biedna Agnieszka zanosząc się płaczem.
- TYLKO NA TO CZEKAŁAM! TERAZ MOGĘ CIĘ ZNISZCZYĆ! STRZEŻ SIĘ… - to mówiąc, klientka wyskoczyła z zakładu w tłum ludzi oblegający ulicę.



Od tego feralnego dnia nasza fryzjerka zaczęła codziennie sprawdzać wszystkie swoje konta bankowe oraz portale rekomendujące usługi fryzjerskie. Tajemnicza kobieta nie zdecydowała się jednak na zniszczenie tego, na czym Agnieszce zależało najbardziej: pieniędzy i sławy. W sercu dziewczyny rósł jednak niepokój. „W moim życiu jest coś, czego chyba pragnę, ale za nic nie mogę sobie przypomnieć! To pewnie nic ważnego” – pomyślała bohaterka nie zdając sobie sprawy z tego, co się działo.
- NIE! POLAND-POLSKA! – krzyknęła i rzuciła się do komputera. Wszystko było już jasne. Napis „W tym klubie nie ma jeszcze żadnych tematów” bił ją po oczach jak murzyni Gołotę w teleekspresie.
- Jak to się mogło stać? Przecież nie była to żadna z moich menadżerek! To zaufane nieznajome osoby z Internetu! – płakała – ach, to zbyt wiele na moje nerwy. Wezmę coś na uspokojenie i naleję wody do wanny…

Anonimowy Pokemon Numer Trzy już od kilku lat był zaufanym sługą Mistrzyni Grzebienia. Parzył jej kawę, przynosił czekoladki i wraz z innymi anonimowymi pokemonami umawiał kolejne klientki. Tym razem miał ważne zadanie.
- Panno Agnieszko! Panna Jola Rutowicz uprzejmie pyta, czy skusi się pani na kolejną dostawę ubrań z jej nowej kolekcji. Panno Agnieszko? Halo? Ha-. – tu Anonimowemu Pokemonowi Numer Trzy głos uwiązł w gardle, ponieważ to, co zobaczył naciskając na klamkę łazienki przeszło jego najśmielsze oczekiwania.
Agnieszka leżała z głową odchyloną do tyłu w wannie pełnej krwi.
CDN

niedziela, 5 czerwca 2011

Odwieczna wojna...

Dziewczynę obudził potworny, szczypiący w oczy smród. Wyskoczyła z łóżka, desperacko szukając po pokoju maski gazowej. Założywszy ją, mogła wreszcie zlokalizować źródło paskudnego zapachu. Źródło okazało się leżeć bezczelnie w jej łóżku.
-PUTIN!-krzyknęła owa dziewica.
-Cześć, maleńka. Jak ci się podobało w nocy?-spytało owo coś nazwane Putinem.
Nasza...prawdopodobnie już nie-dziewica poczęła groźnie na niego warczeć, obnażając śnieżnobiałe zęby spragnione krwi. Brutalnie chwyciła biednego Putina i zaczęła targać go po schodach.
-Czocherku! Kochanie ty moje! Nie rób tego! -krzyczał Putin, który prawdopodobnie wiedział, jaki los go czeka. Jednak jego luba go nie słuchała. Wkroczyła do małego, ciemnego pomieszczenia i zaświeciła światło.
-Nie... -przerażony Putin zdrętwiał. -Tylko nie to... nie rób mi tego! -błagał Czochera.
Ta jednak nie zważała na jego prośby. Podeszła do pralki stojącej w kącie i brutalnie wepchnęła do niej szarpiącego się Putina. Zatrzasnęła drzwiczki i z furią w oczach ustawiła temperaturę na 90 stopni i włączyła funkcję wirowania.Pralka zaczęła leniwie obracać bęben z Putinem w środku.Po chwili w całym domu rozbrzmiał szatańsko jaskrawy śmiech Czochera.
-Smród zlikwidowany- mruknęła zadowolona pod nosem, po czym poszła do pokoju, by móc w spokoju rządzić swoim małym państwem.Czocher-zła-królowa i jej Putin w pralce.
______________________________________________________________________________


W tym samym czasie, w miejscu, gdzie nawet światło nie dociera(nie, to nie jest dupa Murzyna) w miejscu, gdzie czarny jest bardziej czarny od czarnego u Czochera, w miejscu,gdzie smród jest bardziej smrodliwszy i wszytsko jest lepsze, niż tam, gdzie jest Czocher, mieszkała dziewczyna zwana Dusławą -w skrócie Dusią.

Duśka nienawidziła Czochera. Wręcz nią gardziła. Od wieki wieków te potężne kobiety ze sobą rywalizowały, przy okazji niszcząc i pustosząc wielkie obszary. Niestety nic nie zapowiadało wygranej jednej z nich ani pogodzenia się obu stron. Były one jak boginie greckie. Wściekle, wyżywały się na zwykłych śmiertelnikach. Z czasem ludzie zaczęli składać im ofiary z pokemonów, emo i różnych odmian wannabe. Tak naprawdę przysporzyli im nowego powodu do kłótni- obydwie obserwowały dary, jakie dostawała ta druga. Jeśli nie daj Boże jedna dostała gorszą ofiarę, mściła się okrutnie. Największą karą, jaka zaznała ludzkość pod skrzydłami Duśki, było zabranie z ziemi w 1994 Kurta Cobaina. Jednak Czocher, chcąc być lepszą, zabrała Ryszarda Riedla, a w zamian dała światu Justina Biebera. Było to okrutne posunięcie. Dusia od tej pory próbowała nadrobić straty wszelakimi trzęsieniami, wybuchami, tornadami i różnymi takimi. Pewnego razu stworzyła Rebeccę Black, jednak ta była na tyle niedopracowana i słaba, że ludzkość zniszczyła dziewczynkę w jeden dzień.

Duśka siedziała na swoim tronie, próbując wymyśleć kolejną zemstę na Czocherze. Nie dość, że jej plan 'Rebecca Black nauczycielem dni tygodnia' się nie powiódł, to jeszcze tajny agent Putin przeszedł na stronę Czochera.
-Do stu tysięcy... -myślała chwilę, chcąc znaleźć jakieś ładne określenie-...Do stu tysięcy MakWrapów! Nie starczyło jej,że zamknęła wszystkie jednorożce na ziemi?!-rozgoryczona Duśka wstała i ruszyła w kierunku drzwi. Jej wierna gadająca sucz, Molka,podążyła za nią.
-Porzucamy dzisiaj piłeczkę? - spytała z nadzieją. Piłeczką Molka nazywała głowę Osamy Bin Ladena (który to został zesłany przez Czochera i tryumfalnie zabity przez Duśkę)
-Nie- warknęła Duśka-Dzisiaj musimy zemścić się jakoś na Czocherze.
-Może ześlemy na jej królestwo armię Sucharów i Pozerów?
-Nie, Molciu, to juz bylo i jest niemodne. Mam lepszy pomysł. SŁUGA!!-zawołała.
Do pokoju wkroczyła przestraszona dziewczyna.
-T-t-t-tak, Wasza Mrocznośc?-wydukała.
-Za pięć minut chcę widzieć na swoim placu armię tych, no, hipsterów. Tak, hipsterów. Tego jeszcze nie miała, to ją zniszczy! - dodała jeszcze do siebie.
-Tak jest!
-Możesz odejść, sługo. Tak właściwie... jak miałaś na imię?...
-Carolli, Wasza Mroczność.
-A, fakt. Dobra, idź już. I pamiętaj, masz pięć minut.
Duśka z zadowoleniem wyjrzała przez mroczne okno.
-Właściwie, Molciu, to możemy dzisiaj porzucać piłeczką-rzekła, gdy ujrzała zmierzających ku Czocherowi hipsterom.
Dusia i Molka podziwiają swą armię hipsterów.
_________________________________________

-Co jest?! - krzyknęła z niedowierzaniem Czocher,widząc armię idącą w jej stronę. Miarka się przebrała, Duśka przesadziła. Co gorsza, Czocher nie miała nic w zanadrzu. Czuła, że nie podoła hipsterom.
-Chcę umrzeć- wyszeptała- Ciężarówko proszę przejedź...
Jednak czuła, że nie może się tak łatwo poddać.
-Jest tylko jedna osoba, która może mi pomóc- orzekła.
Po czym wsiadła do Czochermobilu i poczocherowała w stronę jasnej, świetlistej krainy ociekającej zlotem, różem, słodyczami i przepychem.

CDN.

sobota, 4 czerwca 2011

Opowiastki z zakrystii

„Zofio, nie możemy być razem. Złożyłem przysięgę… Ale ja… Ja tak bardzo cię kocham!”
- auuuuu! Jakie to wzruszające! – zawyło dziewczę o imieniu Gabriela, znane przez otoczenie jako Niusii.
Zafascynowana losami księdza Ferdynanda, codziennie czytywała o jego przygodach i marzyła, że któregoś dnia spotka ją podobne wyzwanie. Nie przypuszczała jednak, że stanie się to niebawem…

***

- proszę księdza, proszę księdza! Ksiądz szalika zapomniał!
- Aniela, ile razy mam ci mówić, że jest lipiec? – Zbigniew, młody kapłan z małej miejscowości aż spochmurniał. – bój się Boga, przecież się usmażę!
- nie pyskuj ksiądz! Takie to młode a już pyskate – mruknęła gospodyni dusząc mężczyznę szalikiem, powodując nagły wytrzeszcz gałek ocznych – z panem Bogiem!

***

- Niusiu! Otwórz drzwi! Ksiądz przyjdzie! I okna! – sapnęła babcia
- KSIĄDZ? ALE JAK TO? JAK WYGLĄDAM? – krzyknęła podniecona dziewczynka – i po co okna? Będzie wskakiwał? To trzecie piętro!
- Nie, tępa idiotko, duszno mi! Konam! – powiedziała zniecierpliwiona babcia, choć jeszcze miała odrobinę sił.
Rzeczony ksiądz zjawił się po jakichś piętnastu minutach. Witając się z wierną parafianką, nawet nie zwrócił uwagi na jej dorastającą wnuczkę, lecz ta już postanowiła – Zbigniew zrzuci dla niej sutannę.
Pomimo bezpodstawnego wezwania kapłana do namaszczenia, mężczyzna wcale się nie obraził. Wypił pyszną herbatkę zagryzając herbatniki kupione pospiesznie przez dziewczę w pobliskim markecie dla najuboższych. Wychodząc podziękował za gościnę i pospiesznie udał się z powrotem na plebanię.
Wtedy Niusi dostrzegła okazję jedną na milion. Leżała spokojnie na podłodze w przedpokoju. Nawet nie drgnęła. Nawet jej tam nie zauważył. Dziewczyna skoczyła w miejsce, w które uprzednio się tak wpatrywała. „Mam ją!” pomyślała. „Komórka księdza Zbigniewa!”.

***

„Jesteś bardzo seksowny. Włóż sutannę, a będę twoja! Nie powiem nikomu!”
Zbigniew ze zdumieniem wpatrywał się w ekran świeżo odzyskanego telefonu. Dobrze że pani Petronela wykazała się postawą obywatelską i zatelefonowała na plebanię informując o znalezisku. Jego radość przyćmił jednak szok, gdy o czwartej nad ranem urządzenie „zamrygało” informując o owej wiadomości tekstowej. Widocznie miał cichą wielbicielkę. „Za mundurem panny sznurem” pomyślał. „Zajmę się tym później.”

Wymiana smsów trwała jeszcze kilka dni. Tajemnicza adoratorka Zbigniewa zapewniała o dozgonnym uwielbieniu i - co najważniejsze – dyskrecji. Zbyszek podjął decyzję. „Spotkam się z tą uroczą damą”.

***
- kiecka jest, mejkap jest… - mruczała Niusi wieczorem przed wejściem na plebanię. – dobrze że nie kazał mi przyjść między jedną mszą a drugą, ktoś mógłby donieść babci!
Stojąc przed budynkiem zastanawiała się, czy dobrze robi. Nikomu nie mówiła o swojej fascynacji „innymi żołnierzami”. Nie zrozumieliby. W końcu postanowiła wejść. Nacisnęła klamkę przeszklonych drzwi i weszła do środka.
- halo? Proszę księdza?? Jest tam kto? – pytała nieśmiało. Zdecydowała jednak, że zahukane dziewczę pozostanie na zewnątrz, a ona, świadoma i pewna siebie kobietka zdecydowanym krokiem wejdzie na pokoje.
Na plebanii nie było nikogo. Rozglądając się w środku podziwiała gustowne wnętrze, jednocześnie zastanawiając się, gdzie może być toaleta. Nagle światło zgasło. Zdezorientowana dziewczyna nie podjęła żadnej akcji, gdyż była zbyt zszokowana nagłą nieobecnością światła. Zastanawiając się, nad przyczyną zdarzenia nie usłyszała kroków…
Nagle poczuła coś, co uwolniło głos w jej gardle i na cichej, spokojnej plebanii rozległ się niewieści, dziewiczy krzyk. Od stóp do głów pokryta była lepką mazią o dziwnym, owocowym zapachu. Wolała nie wiedzieć, co to jest i kontynuować krzyk.
- Dobra robota Zbyniu! – powiedział znajomy głos i w tym momencie zapaliło się światło.
Dziewczynka, pokryta mieszanką zielonego, pomarańczowego i żółtego kisielu stała przed gromadką wyglądająca niczym pogromcy duchów zaopatrzeni dodatkowo w noktowizory. W roboczych fartuchach wystąpili przed nią gospodyni Aniela, babcia Petronela i naturalnie ksiądz Zbigniew, dzierżący dumnie miotacz zielonego kisielu i oblizujący wylot broni.
- pycha – szepnął mlaskając.
- zachciało się małolacie romansów – prychnęła oburzona Aniela patrząc z wyrzutem na biedną Niusi, której kisiel kapał nawet z nosa.
- muahahaha, jestem mózgiem tysiąclecia! Zbyniu, przybij! – zarechotała babcia, która w ostatnich dniach nagle odzyskała wigor.
Zbyniu posłusznie przybił babci żółwia jednocześnie proponując zgromadzonym w pokoju pyszną herbatkę, bo właśnie kupił miętową.