Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duśka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duśka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 kwietnia 2012

Aromat elity


- Hejho, hejhoo, na rozpierduchę by się szło… - zaintonowała pełna werwy Czocher, przyspieszając kroku. Wreszcie odnalazła sens życia. Po co studia, po co trud, kiedy pełen poksów klub?
Nasza bohaterka dotarła w końcu do swego garażu, gdzie czekał na nią czyściutki, wypastowany przez Gabi336ekstra, różowy CZOCHERMOBIL. Dziewczyna wsiadła do maszyny i ruszyła w stronę zachodzącego słońca…

Tymczasem w dworku Dusi panował bałagan. Pupek, który wybrał się na zasłużone wakacje na Karaibach, wyznaczył na swoją zastępczynię So cute, która – pomimo wprawy – biegała jak szalona z mopem, który nie spełniał jej poleceń.
Zawiedziona Duśka sięgnęła po swój bajerancki telefon i wykręciła numer z Zakazanej Listy Duskosławy.
- *BIIIIP* tu telefon w Czochermobilu. Zostaw wiadomość, może jej nie skasuję.
- Na rany Pupka! – zaklęła wściekła Dusia – Rozkazuję ci w tej chwili odebrać, zakało świata, skazo narodu, smrodzie klubu! Nie zapominaj, że wiem, co zrobiłaś z…
- Czochermobil, przy telefonie Czocher! Czym mogę służyć, kochana? – syknęła pełna gniewu właścicielka pojazdu.
- Nudzę się. Pora na naszą największą przyjemność – zamruczała rozkosznie Dusia, bawiąc się kablem telefonu.
- znowu? – Czocher była co prawda w odpowiednim nastroju, jednak nie wiedziała jak sprostać wymaganiom koleżanki.

Klaudia pięć pięć siedem radośnie wybiegła z domu. Uzbrojona w wiklinowy koszyczek, udała się do lasu. Stokrotki, grzybki i kamyki czekały, krzycząc bezgłośnie „weź mnie do domu!”. Dziewczynka, pełna ekscytacji ruszyła przed siebie, w celu spędzenia idyllicznego popołudnia.
- BIEEEGNĘĘ JAK WIAAATR, KWIAAATKI W KOSZYKU MAAAAM, KOMUŚ JE DAAM
- Nie tak prędko, słodziaku…
Na leśnej ścieżce pojawiły się dwie zamaskowane postaci.
- Kim jesteście? Chcecie mi pomóc zbierać grzybki? – zachichotała Klaudia i pokazała dumnie swój koszyk.
- Nie, chcemy cię zabrać w pewne miejsce – jedna z zamaskowanych postaci wyciągnęła smukłą dłoń do dziewczynki.
- okej! – Klaudia wesoło złapała wyciągniętą rękę i trzy postaci ruszyły w stronę jeszcze nieznanego zła…

Oczom Klaudii ukazała się gustowna polanka i pozłacana studnia na środku odludzia.
- ojeeej, co to jest? – spytała dziewczynka z rozdziawioną buzią.
- to magiczna studnia życzeń, kochanie. Spełnia wszystkie, nawet najbardziej skryte pragnienia.
- jesteście dobrymi wróżkami?? – krzyknęła zaaferowana dziewuszka, a koszyczek wypadł jej z rąk.
- jak najbardziej. Musisz tylko wskoczyć do studni. Proszę, wejdź do wiaderka.
Dziewczynka posłusznie spełniła wolę dobrych wróżek.
- a jak wyglądacie? – spytała zaciekawiona, siedząc w przymałym wiaderku
- chciałabyś zobaczyć? Proszę bardzo.
Postaci zdjęły maski i ujawniły swe oblicza.
- działamy na własną rękę, niezależnie…
- …reprezentujemy światłą elitę…
- …DUSIA…
- …CZOCHER…
- …przygotuj się na spotkanie z ciemną otchłanią! – podniecona Dusia zaczęła opuszczać wiadro wgłąb studni.
Nagle rozległ się trzask. Wiadro zaczęło szybko spadać w dół, ku ogromnemu zdziwieniu Dusi, trzymającej wyrwaną dźwignię w ręce.
- NIEEEE! – echo głosu Klaudii rozchodziło się po studni
- a to ci heca! Zapiała Czocher, klaszcząc w dłonie.

Klaudia przeżyła upadek. Spadając, uderzyła jednak w coś twardego.
- Kim jesteś i co robisz w mojej otchłaniiiiiiiiiiiiii? – twardy obiekt okazał się być głową pustelnicy, która na dnie studni postradała zmysły.
- jestem Klaudia, zbieram grzybki! – ofiara nudy Dusi pozostawała optymistką – jak ci na imię, dziewczynko z buszem na głowie?
- zwą mnie... Anitelka. A raczej zwali, zanim Czocher obiecała mi portal do krainy kucyków! – Anitelka splunęła z odrazą na ziemię w otchłani - Siedzę tu już zbyt długo i tak się składa, że od dawna nie miałam mięsa w ustach…
- to może zamówimy? – biedna Klaudia nie wiedziała, co za chwilę się zdarzy.
- już zamówiłam. Przed chwilą dostarczono! – to mówiąc, okazała swe zaostrzone zęby.

Nie gorszmy czytelników opisem tego, co działo się kilka chwil później. Wiedzcie jednak, że nuda Dusi została na jakiś czas pokonana.

wtorek, 7 lutego 2012

Pupek panem przestworzy, część pierwsza

- PUPEK! GDZIE DO DIABŁA JEST MOJE LATTE? – krzyknęła zbulwersowana Dusia, dmuchając na świeżo pomalowane paznokcie.

- już, już, niosę! – zawołał Pupek biegnąc z tacą zawierającą dusine latte i masę innych jadalnych przyjemności. Niestety, na trasie Pupek-stolik nagle pojawiła się Molka bawiąca się jedną ze swych piłeczek. Noga nieszczęsnego chłopca napotkała przeszkodę w postaci brzuszyska Molki, a taca, którą trzymał, poszybowała niczym Adam Małysz w czasach swojej świetności. Sławetne latte wzbiło się w powietrze i z gracją wylądowało na jedwabnej sukience Dusi, zaś pierniczki, ku wielkiej uciesze Molki, rozsypały się na podłogę.

Duśka, w przeciwieństwie do swej ulubienicy wcale nie była ucieszona. Jej twarz nabrała barwy głębokiego burgundu, zęby zgrzytały, a włosy zjeżyły się na jej szlachetnym czerepie.

- Pppp… - wycedziła pierwszą spółgłoskę, co zaalarmowało biednego Pupka. Do chłopca dotarł komunikat: „wiej, chłopie, zanim jej służba wbije ci widły w odwłok!”.

- Uuuu… - dźwięk przeszywał przestrzeń niczym strzała pokonująca drogę do tarczy. Pupek zdążył podnieść się z ziemi.

- Pppp… - dlaczego nogi odmawiały mu posłuszeństwa? Kątem oka widział rodzicielkę i wałek w jej zacnej dłoni.

- Eeeeek! – chłopiec zwiał przez okno.

- &^^$#I*^& - klęła pod nosem Dusia, obserwując służącą sprzątającą na kolanach powstały bałagan – niewdzięczny bękart. Zmęczyłam się i mam migrenę. – to mówiąc, opadła szlachetnie na kanapę.

Tak naprawdę Dusia była zaniepokojona postawą Pupka. Zazwyczaj syn posłusznie przyjmował karę. Raz nawet sam zszedł do piwnicy i zakuł się w dyby! Tym razem jednak zbiegł z miejsca zdarzenia. Czy jej ukochany potomek wszedł w okres buntu? Czyżby stracił do niej zaufanie? Dusia patrzyła smutno w przestrzeń, gdy Molka wyksztusiła wyschnięty pierniczek.

Świat stał otworem przed naszym małym bohaterem. Wędrował on ścieżkami, dróżkami, miastami, mając w kieszeni tylko kilka groszy (reszta z zakupów dla Matki), wyschnięty pierniczek z tacy i karteczkę z numerem telefonu. Chłopiec wszedł do przydrożnej budki telefonicznej i wystukał numer z karteczki.

- ciocia Czocher? Mówi Pupek.

- Pupeczku, moje maleństwo! Co znowu zrobiła niedobra mamusia? – spytała ciocia Czocher z troską w głosie

- w zasadzie nic… zleciła mi tajną misję! Czy mógłbym posiedzieć u cioci kilka godzin?

Najedzony i napojony przez ciocię Czocher Pupek uznał, że nie może dłużej pasożytować na tej szlachetnej istocie. Chciał skorzystać z wolności. Przechadzając się po parku, dostrzegł ogłoszenie:

CHCESZ BYĆ WOLNY NICZYM PTAK I NIE PODLEGAĆ NAWET PRAWOM GRAWITACJI? MARZYSZ O PODĄŻANIU ŚLADAMI GAGARINA? ZADZWOŃ!

Do kartki dołączony był numer telefonu. Przygnębiony Pupek wysupłał z kieszeni ostatnie grosiki.

- ech. Znowu nie zjem obiadu…

Zrezygnowany wrzucił drobne do automatu i połączył się z numerem z ogłoszenia.

*tuuuuuuuut*

- PiechotąDoGwiazd Sp.z.o.o, przy telefonie Basia!

- Dzień dobry, chciałem się zapisać na wycieczkę. – zaczął nieśmiało Pupek, lecz ciepły głos pani Basi szybko go uspokoił.

- proszę podać cel wyprawy. – szepnęła uwodzicielsko pani Basia

- no nie wiem… jakaś inna galaktyka chyba.

- wszystko da się ustalić w naszym biurze. Imię i nazwisko?

- Pupek Fukuszima.

- gratuluję, Pupku! Już niedługo zostaniesz panem przestworzy!

Kilka dni później, Pupek zdenerwowany czekał na parkingu przed stacją kosmiczną. Gdyby miał pieniądze, kupiłby papierosy. Mama nie pozwalała mu jednak próbować swoich papierosów. Mały Pupek bawił się więc skrętami z papieru toaletowego z wkładem z kapusty. Mama bardzo się wtedy denerwowała, ponieważ zabawka jej pierworodnego powodowała niewyobrażalny smród, zidentyfikowany najpierw jako atak biologiczny ze strony Czochera. Dusia prędko zorganizowała kosztowną obronę swej twierdzy, a wiadomość o fałszywym alarmie skończyła się atakiem histerii Dusi i bolesnym laniem w przypadku Pupka.

Obecny Pupek szykował się do wejścia. Nacisnął klamkę drzwi, przeszedł długi, biały korytarz i wszedł do pomieszczenia przypominającego laboratorium. W środku czekała na niego jednoosobowa, kosmiczna maszyna.

- panie Pupku, jest pan gotowy?

piątek, 30 grudnia 2011

O autorkach.

Muchomorek wstała z krzesła i przeciągnęła się. Już od kilku godzin siedziała przed komputerem stukając w klawisze. Duśka… Czocher… Megi… Każda z nich musiała mieć swoją rolę. Dziewczyna z nostalgią wspominała chwile, gdy Opowiastki były niezależnym wyrazem fantazji autorek. Na hasło „Nowe.” dziewczęta z forum ruszały, by przeczytać nową porcję opowiadań. Niestety, z czasem Opowiastki przyjęły rolę koncertu życzeń, a Muchomorek i Czereśnia jedynie odtwarzały, zamiast tworzyć nowe.

Tym razem padło na Czochera. Muchomorek w przypływie weny kreśliła losy bohaterki.

- może tym razem utrzemy nosa Dusi? – zachichotała.

Tym razem w świecie Opowiastek Czocher wspięła się na Mount Everest, ryzykując życiem. Zdetronizowała Dusię i zdobyła wielką fortunę, którą szybko odebrała jej przebiegła Carolli, metodą „na wnuczka”. Sprawczyni pozostała nieuchwytna.

Autorki bloga po publikacji zniecierpliwione obserwowały forum. Niestety, nowa historia nie przypadła do gustu każdemu.

Pierwsza napisała Niuta:

Nudne, nie ma mnie. Chcę siebie i mojego męża!

Niucie wtórowała Dusia

Zdecydowanie za mało mnie, nie czytam tego!

Marchewka narzekała

Nie odgrywam roli autorytetu!

Czocher skwitowała krótkim

Może być.

Muchomorka bolała duma. Tyle pracy włożyła w spisanie swoich myśli, które nie zostały docenione. Dziewczyna wzięła do ręki telefon.

- halo, Czereśnia? Czuję wyzwanie. Masz zlecenie na Dusię i Niutę. Zrób z Duśki sukę, a Niucie dołóż Manuela. Marchewka może obronić pracę magisterską.

- się robi. – odparła Czereśnia, jednocześnie stukając w klawiaturę.

Czereśnia odwaliła kawał dobrej roboty. Zaserwowała czytelnikom dużą dawkę Duśki znęcającej się nad Pupkiem i radosną Niutę adorowaną przez Manuela. Urok postaci zwalał z nóg nawet sceptycznego zwykle Muchomorka. Dziewczęta opublikowały kolejne dzieło. Na komentarze nie musiały długo czekać:

Megi

Gdzie ja?

Igas

W etykietach wyprzedzają mnie Duśka, Czocher i Niuta. Dlaczego nie piszesz o mnie?

Malinka

Gdzie ja i Merlin?? Wpisz go gdzieś, daj mu epizod, BŁAGAM!

Marchewka

Wolałabym doktorat.

Na szczęście goryczkę łagodziły pozytywne, choć nie przesadne komentarze Duśki i Niuty, które były zadowolone z tego odcinka.

- faktycznie, dawno nie było Merlina. – stwierdziła Czereśnia, krzywiąc się na widok niezadowolenia czytelniczek.

- nie możemy za każdym razem pisać o wszystkich, ale możemy wpleść jakieś epizody. Sprzedawca lodów, czy coś. – zaproponowała Muchomorek, wpisując nick Gaby w etykiety nowej historii.

Nowa opowiastka poświęcona została w całości Merlinowi i Malince. Gościnnie udział wzięły Megi, Igas i Gaba, która już wcześniej wyrażała niezadowolenie ze swej nieobecności.

Tym razem Malina była wniebowzięta, postanowiła jednak wyrazić krytykę:

Nie podoba mi się to, co robi Merlin w trzecim akapicie! Dlaczego nie mogę się z nim zabawiać? Oprócz tego miód.

Gaba

Jestem zasranym epizodem.

Nieznany pokemon

Dlaczego piszecie tylko o elicie??

Dobi

Piszcie TYLKO o elicie! Zero plebsu!

Dziewczęta pracowały w pocie czoła. Starały się zadowolić każdą czytelniczkę. Zaczęły zaniedbywać szkołę i zbierać złe oceny. W klubie panowała atmosfera niezdrowej rywalizacji. Każda z dziewczyn chciała zostać opisana na blogu i prowadzić w rankingu popularności.

Dusia

Stanowczo za mało mnie! Kolejna opowiastka powinna być moją biografią. Płacę z góry.

Czocher

Nie słuchajcie Dusi, tego żala. Zamawiam 20 opowiastek na dni…

Malinka

Poproszę o zmianę zachowania Merlina w nowej opowiastce!

W ten oto sposób Opowiastki przekształciły się w firmę „Opowiastki Sp.z.o.o.”, czyli prywatną agencję reklamową uczestniczek klubu. Cała fabuła straciła polot, opowiastki zajmowały najwyżej jedną stronę A4, a autorki nie sypiały po nocach starając się zaspokoić potrzeby czytelnicze dziewczyn.

Wtedy do akcji wkroczyłam ja, czyli Bażant

- co to ma znaczyć?

Muchomorek i Czereśnia siedziały jak na dywaniku u dyrektora.

- nie widzicie dokąd to prowadzi?? Stałyście się (średnio) opłacanymi niewolnikami!

- ale Bażant, my nadal piszemy co chcemy! – zaczęła Muchomor

- wydaje ci się. Zobacz co narobiłyście! Ty jesteś zagrożona z chemii, Czereśnię wyrzucą ze szkoły za wagary… od Duśki i reszty dostajecie psie pieniądze. Opłaca się? Jeszcze chwila, a ujawnicie swoją tożsamość.

Nad Opowiastkami zawisły czarne chmury. Na szczęście czujna Bażant trzymała rękę na pulsie.

- zbierzcie zamówienia. Zrobimy niezłą zabawę.

I tak też zrobiły. Dusia życzyła sobie królestwa i braku litości dla Pupka, Marchewka pięknego samca, Czocher wymagała obecności swojej i Putina, Malinka błagała o seks z Merlinem, Niuta chciała ślubu z Manuelem, Dobi Wersalu, a innych bohaterek było tyle, że długo wymieniać. Niedoczekanie ich.

Stardollowa spółka z przyzwyczajenia rozpoczęła lekturę bloga, ziewając i pilnując, czy wszystkie zamówione szczegóły się zgadzają.

Duśka łkała gorzko, przeżywając klęskę i upadek z tronu. Pupek śmiał się szyderczo.

Prawdziwa Dusia opluła monitor.

Carolli otrzymała ocenę niedostateczną z matematyki.

Carolli przed komputerem nie mogła uwierzyć.

Malina nie mogła uwierzyć. Jej Merlin z cycatą blondyną… w jej łóżku??

Malinka dostała ataku histerii

Niuta zamknęła oczy. Już miała zakosztować miękkich ust Manuela, gdy poczuła coś niebezpiecznego w gardle. Nie mogła już nic zrobić. Zanim się zorientowała, gaz błyskawicznie opuścił jej gardło i odbiło jej się. Manuel był zniesmaczony.

Niuta zemdlała.

Po tym incydencie wszystko wróciło do normy. Opowiastki znów były niezależne i niezawisłe. Amen.

Interpretację pozostawiam wam.

Tym razem nie ujawniłyśmy kim jesteśmy. Uważajcie jednak, następnym razem możemy nie być tak dyskretne.

Dobciuszek

Pucu pucu, myju myju.
- długo jeszcze będziesz szorować tę podłogę? Ten dźwięk mi przeszkadza! – rzekła zła siostra numer jeden, pijąc swą jadowitą jak ona sama herbatkę.
- już kończę! – odparła zdyszana Dobi, wstając z trudem.
- nie zapomnij o śniadaniu, robię się głodna! – zła siostra numer dwa wyciągnęła nogi na stół i rozkoszowała się widokiem zapracowanej dziewczyny. Złe siostry nie były prawdziwymi siostrami Dobi. Były parszywym gratisem w pakiecie z ich jeszcze bardziej parszywą macochą, która zagięła parol na jej ojca, gdy mama dziewczyny pożegnała się z tym światem. Dziś Dobi nie miała lekkiego życia. Każdego dnia wstawała o piątej rano, by napalić w piecu, wyszorować podłogę, zrobić siostrom śniadanie (macocha stosuje dietę lekką-fit), posprzątać, pozmywać, zrobić zakupy, posprzątać, umyć okna, poodkurzać, podać obiad, pozmywać… reszty się domyślacie.
Pewnego dnia jednak, do domu naszej bohaterki przyszło imienne zaproszenie na wielki bal. Podniecone siostry poprosiły swą matkę o pozwolenie na udział.
- ależ oczywiście, moje drogie. Jesteście najpiękniejsze i najmilsze na świecie! Idźcie, a nuż książę zakocha się w którejś z was! – zapiała zachwycona mama-Agnieszka do swych robaczywych córek
- tak, tak! – zawtórowała jej siostra numer jeden-Czocher i zatopiła się w fantazjach na temat uroczystości.
- potrzebuję nowej sukni! – tupnęła ze złością siostra numer dwa-Dusia i jej wzrok od razu powędrował ku biednej Dobi – Ty mi ją uszyjesz!

Nie było wyboru. Alternatywą był jedynie szlaban na jedzenie i oddychanie. Zaradna Dobi przywdziała więc białą pelerynkę i porwała koszyczek z pieniędzmi. Ruszamy na poszukiwanie tkaniny!
Droga do miasta wiodła przez las. Dobi pokonywała ją w podskokach, ze śpiewem na ustach. Nie podejrzewała nawet, że tuż za rogiem mieszka zły wilk czyhający na jej cnotę.
- Ani kroku dalej! – warknął wilk-Merlin śliniąc się obficie – co tam masz w maj… koszyczku?
- tylko pieniążki na tkaninę, nic więcej… - odparła szczerze Dobi, bez cienia strachu
- a może masz coś innego, co wilk-Merlinek by przekąsił, co? – zaśmiał się donośnie
- mam okulary po dziadku, daltonisto. – to mówiąc, wskazała na swą białą jak śnieg pelerynkę i już miała sprzedać napastnikowi zdrowego kopa, gdy zza krzaków wyskoczyła dziewuszka w czerwonym okryciu.
- wilku-Merlinku, hop hooop! Mam dla ciebie kiełbaski! – krzyknął Czerwony Malinowy Kapturek, wskazując na koszyczek.
- no to sobie pojemy. – wilk-Merlin oblizał się ze smakiem i ruszył w stronę dobrze wyposażonej dziewczynki.

Nasza bohaterka dotarła w końcu na bazar. Przebierając w tkaninach dla sióstr nuciła sobie tylko znaną melodię, gdy jej uszy zarejestrowały kolejną rodzinną kłótnię.
- nie znasz się! Ja zbuduję z drewna, będzie jak w lesie! – zachrumkała dumna z pomysłu Marchewka
- terefere, z drewna. To drogo! Ja wolę zainwestować w słomę, wtedy będę miała pieniądze na inne przyjemności! – fuknęła Igas, kręcąc ogonkiem.
Ryjek Megi wyrażał tylko politowanie.
- róbcie co chcecie. Ja kupuję cegły! – to mówiąc, odeszła w kierunku sklepu budowlanego, a jej kręcony ogonek kiwał się na boki.
Zaskoczona Dobi przetarła oczy ze zdumienia. Gadające świnki? W dodatku jedna z nich ma zielone włosy…
- to się nazywa delirium. – stwierdziła miła staruszka przechodząca obok – mam skuteczną odtrutkę, chcesz?
Oczom Dobi ukazało się najczerwieńsze jabłko, jakie w życiu widziała.
- chciałabym… ale nie mam pieniędzy. – powiedziała nadal zszokowana widokiem świnek Dobi.
- ten egzemplarz możesz mieć gratis – rzekła staruszka i schowała jabłko do koszyczka Dobi
Dziewczynka nie wiedziała co o tym myśleć. Nigdy nie ufała nieznajomym, w dodatku od tej zalatywało kulami na mole… Załatwiwszy sprawunki, bohaterka postanowiła wrócić do domu, w którym czekały już poirytowane siostry i macocha.
- gdzie ty się podziewałaś? A nasze sukienki? – syknęła Dusia
- kupiłam najdroższy i najlepszy materiał na bazarze. Zaraz zacznę szyć.
Tak też zrobiła. Spod jej ręki wyszły trzy piękne kreacje. Brzoskwiniowa dla Dusi, błękitna dla Czochera i krwistoczerwona dla macochy-Agnieszki. Dziewczęta wybrały swoje wyjściowe pantofelki i były już gotowe na bal. Śmiejąc się szyderczo, machały Dobi z taksówki.
- wreszcie mam trochę spokoju. – sapnęła dziewczyna siadając na kanapie
- niedoczekanie twoje!
- kto to powiedział? – zdziwiła się Dobi – może powinnam zjeść to podejrzane jabłko na delirium…?
- ani mi się waż! – krzyknęła mała postać w bieli zeskakując z parapetu
- kim jesteś? – warknęła poirytowana kolejną ingerencją obcych Dobi
- to ja, twoja matka chrzestna! – zaśmiała się perliście Carolli, ukazując białe zęby. – chcesz wiecznie siedzieć w tym domu, jak jakaś niedojda, czy może zabawić się na balu?
- ale nie mam w co się ubrać, o transporcie nie wspominając.
- zdradzę ci pewną tajemnicę. W szkole nazywają mnie McGyver. Znajdź mi kawałek cegły, sznurek, patyk i małą miskę. – szepnęła konspiracyjnie Carolli
Dobi była sceptyczna. Uznała jednak, że nieznajoma nie da jej spokoju, jeśli dziewczyna nie spełni jej prośby. Zebrała zatem wymagane przedmioty i rozłożyła je na trawniku przed domem.
- teraz nie patrz! – zarządziła Carolli.
Dobi posłusznie odwróciła się plecami do Carolli, która tworzyła coś z prawie niczego. Po chwili została poproszona o odwrócenie się.
Dziewczyna zaniemówiła. Zobaczyła najpiękniejszą suknię z kolekcji Marii Antoniny w komplecie z limitowanymi pantofelkami. Na drodze zaś stało nowiutkie Porsche wysadzane diamentami. Za kierownicą siedział oczywiście przystojny szofer w ciemnych okularach.
- baw się dobrze. Tylko nie zapomnij wrócić przed północą! – zachwycona swym osiągnięciem Carolli mrugnęła porozumiewawczo.
Dobi posłusznie wsiadła do samochodu i pomknęli w stronę zamku króla.

Warto wspomnieć o pewnym incydencie, który zdarzył się w drodze na bal. Mknąc przez znajomy las, Dobi zauważyła biegnące postaci.
- ratuuunkuu! – kwiczała świnka-Marchewka przebierając kopytkami
- odejdź precz wilku! – chrumkała przerażona świnka-Igas
No tak. Domki Marchewki i Igas zostały zniszczone przez wilka-Merlina. Drewno i słoma nie stanowiły dla niego żadnej przeszkody. Dobi o złotym sercu postanowiła im pomóc, lecz jedynym przedmiotem pod ręką było jabłko, które dostała na bazarze. Nie namyślając się długo, wycelowała.
Jabłko trafiło wilka-Merlina w głowę.
- dostałem jabłko! Ale smakowite… - i już po chwili nie było nawet ogryzka.
Świnki pochowały się w lesie, a Dobi nie odjechała jeszcze zbyt daleko, gdy magicznie zatrute jabłko zaczęło działać. Twarz wilka-Merlina nabrała koloru zgniłej zieleni. Jedynym ratunkiem były pobliskie krzaczki.
- wilku-Merlinkuu, idziemy na baal? – zaświergotała radośnie Malinka, machając koszyczkiem
- Malinkoo, to chyba nie jest dobry moment. Mam niestrawność! – wilk-Merlinek już żałował pogoni za świnkami – nie masz przypadkiem w swym koszyczku herbatki dla chorego wilka?

Tymczasem panna Dobi dotarła na bal. Zabawy i hulanek było aż zanadto. Na scenie szalał nieokiełznany duet. Niuta darła się do mikrofonu, tańcząc taniec-połamaniec, ku wielkiej radości Manuela, gitarzysty. W końcu para udała się na parkiet, puszczając uprzednio ckliwą balladę z taśmy.
Na sali był tego wieczoru jeszcze ktoś.
Widząc zniewalająco piękną dziewczynę o niemal królewskim obliczu, jego serce zabiło mocniej i szybciej. Podszedł więc do Dobi, prosząc ją do tańca. Dziewczyna, skrępowana nieco, zgodziła się.
Para przetańczyła cały wieczór. Ich walce i tango zdobywały brawa całej sali. Fokstrota jednak oddali wilkowi-Merlinowi i Malinowemu kapturkowi, którzy uporali się już z niestrawnością i przybyli na bal. W chwili przerwy młodzi postanowili zwilżyć nieco usta, wyschnięte od ciągłych rozmów na przeróżne tematy. Sącząc drinka, dziewczyna zauważyła dwie postaci u szczytu schodów.
- Maniu, dziubaasku, chodźmy na górę! – zniecierpliwiona Niuta ciągnęła rękaw swego oblubieńca
- fraulein Niuta, jeszcze nii! – Manuel marudził niczym zaaferowane zabawą dziecko
- ale Maniu, już prawie północ! – w tym momencie zegar zaczął wybijać godzinę.
Przerażona Dobi przypomniała sobie słowa Carolli i spostrzegła, że jej suknia zaczyna się topić. Nie żegnając się z Księciem, który poszedł po kolejne drinki, dziewczę uciekło z zamku, gubiąc pantofelek.

- ach, cóż za bal! – rozpływała się macocha-Agnieszka.
- maamo! – tupnęła ze złością Dusia – totalny niewypał. Książę tańczył tylko z jakąś wypindrzoną lalą!
- ja się tak nie bawię! – zawtórowała jej Czocher i zaczęła gorzko łkać.
Dobi, polerując kafelki, przysłuchiwała się zamieszaniu. Była dumna z wywołanego zamieszania. Nie spodziewała się tylko jednego – Książę we własnej osobie postanowił przemierzyć królestwo, by odnaleźć towarzyszkę wieczoru.
W końcu zawitał do domu Dobi.
- witamy w naszych skromnych progach. Dobi, zrób księciu kawy! – rozkazała macocha-Agnieszka
- chciałem panie prosić o przymierzenie tego oto pantofelka! – zakomunikował książę – moja towarzyszka na balu uciekła w pośpiechu i zgubiła bucik.
- ja pierwsza!!! – krzyknęła Duśka, popychając Dobi i Czochera. Niestety, pantofelek nie pasował na Dusię, która miała płaskostopie.
- może wobec tego panna Czocher? – spytał nieśmiało Książę. Stopa Czochera była jednak zbyt szeroka i nie mieściła się do pantofelka.
- dosyć tego, teraz ja! – krzyknęła macocha-Agnieszka i przysiadła na stołku do przymierzania. Kobieta usiłowała wcisnąć pantofelek tak mocno, że prawie pękł, po czym spektakularnie zeskoczył spod napierającej stopy.
- jak widzę, jest jeszcze panienka Dobi! – stwierdził Książę, nie tracąc nadziei.
- coo? – twarz Czochera wyrażała niezmierne zdziwienie – przecież to tylko nasza służka!
- właśnie, w dzień balu całą noc wyszywała nam skarpetki! – oznajmiła równie zdziwiona Dusia.
Dobi z satysfakcją zajęła miejsce na stołku, a Książę przyodział jej stopę w bucik.
Pantofelek pasował jak ulał.
Dusia, Czocher i macocha-Agnieszka zapowietrzyły się.
- panno Dobi, wreszcie panią znalazłem! – rzekł wzruszony Książę.
- jak śmiałaś?? – oburzone siostry przekrzykiwały się
- a to ci dopiero! – spostrzegł wilk-Merlin, zaglądając przez okno
- jak romantycznie! – wtórowała mu Malinka
- Maniu, kup mi takie buciki! – zachwyciła się przechodząca nieopodal Niuta
- gratulujemy pannie Dobi! – kwiknęły trzy świnki
- makaron…- znudzona zamieszaniem Dobi przeciągle ziewnęła.
Panna Dobi wyszła za Księcia i para zamieszkała w pałacu z wielkim ogrodem. Bohaterka szybko przywykła do władzy i zemściła się na złych siostrach i macosze, nakładając na lud wysokie podatki. Wyciągając wnioski z przygody świnek, nakazała każdemu obywatelowi wybudować dom z cegieł, których była wyłączną importerką.
I żyli długo i szczęśliwie.

wtorek, 27 grudnia 2011

Kryzys wieku w miarę dojrzałego part 2

Marchew z niepewnością otworzyła drzwi do innego świata. W głowie kołotały się jej różne myśli. Uznała jednak,że nie ma nic do stracenia i posłuchała Pana Kota- jakkolwiek dziwne jest rozmawianie ze zwierzęciem.
Otworzywszy drzwi, ujrzała delikatny blask. To wschodzące slońce rozpoczynało dzień. Przeszła przez próg, czując pod stopami coś miękkiego. Spojrzała w dół. To była trawa. Poznała ja od razu. Tak miękkiej,zielonej i pachnącej trawy nie było nigdzie indziej.
-Jestem... W swoim apartamencie...Czy to w ogóle możliwe?-zwróciła się do Pana Kota.
-Oczywiście. Wystarczyło tylko, bys przypomniała sobie o swoim dawnym,świetnym życiu... Wreszcie ci się udało. Nareszcie królowa powróci na swój tron.
Marchew z niedowierzaniem rozglądała się po swoim apartamencie. Pomimo upływu czasu, był tak samo zadbany jak wiele miesięcy wstecz. Ptaki milutko ćwierkały, puszyste zwierzątka bawiły się pomiędzy drzewami. Nawet hamak wisiał nietknięty.
-Widzisz? Nic się tu nie zmieniło... Ale tylko tu. Twoje królestwo cię potrzebuje. Musimy iść dalej...
-Dokąd?
-Do krainy zwanej PP.Otwórz te drzwi...
Teraz juz podekscytowana Marchew otworzyła drzwi. PP pamiętała jako jasny,różowy świat pełen szczęścia i sprawiedliwości...
Jej oczom ukazał się jednak szary i smutny obraz. Wychudzone, brzydkie dollki walczyły ze sobą o władzę. Spalone obozy i apartamenty były wszędzie. Słońce nie było widać.
Na jej dawnym tronie(który już dawno przestał być złoty i zostal pokryty odchodami i śliną) siedziała teraz brudna i zasmarkana dollka, a wokół tronu walczyły ze sobą dwie inne dolki. Wydawały się Marchew znajome...
-DUSIA...CAROLLI...CZOCHER?!-krzyknęła z niedowierzaniem. Dolki drgnęły na dźwięk swoich imion, zaraz jednak zaczęły na siebie warczeć i drapać się nieobciętymi pazurami.Obok Marchwi również toczyły się bitwy o starmonety. Dziewczyna poznawała wiele z nich.
-Malina...Killy...Megi...-osunęła się na ziemię.-Co się stało z moja krainą?
-To królestwo plebsu. Największy plebs ze wszystkich, Dusia, przejęła władzę po tobie...Niestety, uroiła sobie parę rzeczy,co wpłynęło na jej rządy... I tak to teraz wygląda
-Nie...nie,nie,nie,nie,nie,NIEE!!! To jest jakis koszmar. Tak nie może...nie może być...Muszę coś zrobić...cokolwiek...To jest...Przecież...Panie Kocie! POMÓŻ MI!
-Och, droga Marchew...Na niewiele się zdam. To ty musisz nad tym zapanować.
-Głupi plebs-juz zdecydowana Marchew kopnęła jakieś dolki leżące na sobie- Królowa wróciła.
_____________________
Po długiej wspinaczce na górę Marchew znalazła się na szycie,przy tronie.
-Przepraszam, Dusiu-spojrzała dawnej koleżance w zasnute mgłą oczy- Twój czas minął.
Marchew z ciężkim sercem zrzuciła Dusię w dół-do Otchłani Wygnania. Do tej krainy niegdyś trafiał każdy pokemon, każdy spamer, kazdy, kto burzył idealny porządek krainy. Najgorszą karą było właśnie zesłanie do Otchłani...Niewielu udało się stamtąd powrócić. Zresztą, wracali ze zmienioną psychiką i po pewnym czasie popełniali samobójstwo.
Dla Dusi nie było już ratunku.
Rzuciła okiem na smętną krainę. Z lekką niepewnością usiadła na obskurny tron.
W chwili, gdy szlachetne pupsko dotknęło niegdyś atłasowego obicia, wszystko się zmieniło.
Strzeliło blaskiem.Blaskiem zwanym świetnością. Wydobył się on z klejnotu, umieszczonym w koronie władczyni.
Blask Świetności rozrzedził szary dym i chumry,ukazując niebieskie niebo. Trafił w jałową ziemię,odkrywając wspaniałą łąkę. Obozy i apartamenty zmieniły się na powrót w olśniewające wille. Dollki porażone Blaskiem przybrały swój dawny wygląd- co prawda plebs nadal wyglądał jak plebs,ale to był urok narodu PP. Tylko arystokracja była prawdziwie idealna.
Marchew z uśmiechem zadowolenia zauważyła, że ma na sobie na powrót bajeczną, królewską suknię. Wstała. Postanowiła przemówić. Patrząc na oszołomione twarze jej plebsu,orzekła:
-To ja. Wasza mamusia. Królowa. Powróciłam.
Po czym zaczęła panować.
____________________
Przez szary korytarz szedł wysoki, młody mężczyzna. Spieszył do swojego przełożonego.Mial mu coś bardzo, ale to bardzo ważnego do powiedzenia. Wpadł do gabinetu.
-Proszę pana... proszę pana...-zdyszany próbował pozbierać słowa.
-Co się stało?!- zaniepokojony starszy pan wychylił się zza książki.
-Musi pan za mną iść... To nieprawdopodobne. Jestem pewien, że pana TO zainteresuje.
Starszy pan zaufał młodzieńcowi. Ogromnie ciekawa ruszyl stare kości i ruszył za swoim pracownikiem. Zaprowadził go do drzwi...Drzwi, które odkąd pamiętał, nie były otwierane.
-Tam... w środku...
-Tak-przerwał mu młody mężczyzna- Jest.
-To niemożliwe-niedowierzał staruszek-Nie sądziłem, że tego dożyję.
-Ja również nie.
-Jak to się stało?
-Dostaliśmy cynk. I znaleźliśmy...po tylu latach...
Mężczyzna uchylił drzwi.
-Proszę nacieszyć oczy, profesorze...
Staruszek nareszcie ujrzał to, na co czekal cale swoje życie. W małym pokoju leżała w kącie zaniedbana, zielonowłosa dziewczyna. Ściskała od dawna nieżywego, zjadanego przez robaki kota. Z jej zasuszonych ust usłyszał okropne charczenie.
-Pow...pohr...powróciła...powrhróciłam...POWRÓCIŁAM- charkot przerodził się w chichot. Nagle dziewczyna obróciła się do staruszka. Widząc okropne, przekrwione i oszalałe oczy z przerażeniem zatrzasnął drzwi.
Przypomniał sobie opisy tej dziewczyny. Za młodu ambitna i piękna dziewczyna, po paru porażkach załamała się i uciekła w wirtualny świat. Zdobywszy poszanowanie i władzę w Internecie, zaczęła mylić fikcję z rzeczywistością... Po pewnym czasie całkowicie utracił zdolność poznawania rzeczywistości. Żyła w urojonym świecie. W dodatku, nikt jej nie potrafił złapać. Ten przypadek nękał wielu naukowców. Jemu też spędzał sen z powiek. Całe życie poświęcił tej istocie...To już nie był człowiek. Nazwał tę kreaturę Marchewonusem.
-Moj drogi... Najciekawszy przypadek w naszej karierze...Tak wielu próbowało ją znaleźć... Nareszcie się udało.
-O,tak,profesorze... Najokropniejsza ofiara Internetu jaką widział świat jest wreszcie w naszych rękach.
Profesor był pewien, że Marchewonusów jest wiele. Był pewien, że wykształcił się nowy gatunek. Postanowił wyciagnąc od dziewczyny nicki jej dawnych wirtualnych poddanych i stworzyć własne stado Marchewonusów.
Czuł, że świat będzie jego.
Pragnął władzy.
Na imię mu było Dusiomen.








A morał z tej opowiastki wyciągnijcie sami.


poniedziałek, 26 grudnia 2011

Koteczka w krainie cyferek, cz.3


- auć! Niech cię szlag, Niuta!
Najlepsza kryjówka przed klubem (polecona przez doświadczoną już Niutę) okazała się być kłującym krzewem.
Koteczka zerknęła w swoje notatki. Tak. Manuel jak zwykle zaczynał pracę o szesnastej. Jego luksusowy samochód zatrzymywał się na niestrzeżonym parkingu piętnaście minut przed czasem. Minutę zajmowało mu przyczesanie włosów na głowie, a spacer na miejsce do kolejne trzy. Wszystko jak w zegarku. Szwabska precyzja. Codziennie, od siedmiu dni, Koteczka obserwowała jak wchodził do przybytku, zdejmował marynarkę i przebierał się w roboczy uniform. Dziś były to stringi w panterkę. Tej nocy przezwycięży strach i w końcu to zrobi. Czekolada bulgotała w ogromnym garnku i aż prosiła się o świeżą porcję mięsa.
Każdego poranka męskie bóstwo kończyło pracę o czwartej. Koteczka przysypiała już, wprawdzie, lecz widok Manuela wyłaniającego się zza drzwi wejściowych szybko ją pobudził. Miała już plan.
- halo, herr Manuel! – zaświergotała Koteczka, ukrywając niepokój
- jaaa?? – odpowiedział zaciekawiony Manuel i zlustrował panienkę od stóp do głów. Co takiego w nim widziały? Czy to jego zniewalający głos? Boski urok? Nażelowane włosy, czy może starannie dobrana bielizna, pasująca tematycznie do występów?
- herr Manuel, bitte! – to mówiąc, dziewczyna wręczyła mężczyźnie bukiet najpiękniejszych róż, jakie kiedykolwiek widział
- jaaa, danke! – podziękował i powąchał ów bukiet. Jego nozdrza, przygotowane na słodki zapach kwitnących róż, bardzo się rozczarowały. Połechtał je smród niegodny nawet miana krowiego łajna zmieszanego z formaliną. - was ist daaaa…
Nie dokończył. Miękko osunął się na rozkładany kieszonkowy materac, podstawiony przez Koteczkę w chwili jego nieuwagi.
- no, najtrudniejsze mam już za sobą – wysapała Koteczka, ciągnąc bezwładne bożyszcze przez pusty parking.

- Pupek, herbata! – zarządziła Dusia – a ty daj mi to.
- hyhyy, wygrałyśmy! Merlin da mi buziaczka? – spytała Malinka wyciągając zeszyt spod koszulki
- nawet da się poklepać po pupci, jak mu rozkażę. – duma Duśki wynosiła ją pod niebiosa. Wreszcie dostała to, czego chciała. Matematyczny skarb Koteczki. Teraz może przeprowadzić zagładę.
- taaaaaaak! – zakwiczała triumfująca Malinka, nie zwracając uwagi na Dusię, która podniecona wertowała strony zeszytu.
- jest tangens… i sinus… wzory skróconego mnożenia… Czocher zje swoje kapcie z zazdrości! A dla ciebie mam kolejne zadanie… ukryjesz ten zeszyt w…
Malinka nachyliła się do rozmówczyni, łapczywie łykając każde słowo spadające z ust panny Dusi. Spełni każdy jej rozkaz, niech tylko sprowadzi Merlina!

Dziwne to spa. Wielokrotnie dostawał imienne zaproszenia od różnych sponsorów, jednak żaden z nich nie zaskoczył go jeszcze niespodziewaną kąpielą w czekoladzie!
- a pryśnic? – spytał na widok Koteczki zbliżającej się z dużym, czarnym workiem na śmieci.
- dzisiaj kein pryśnic, pryśnic kaput! – zakomunikowała Koteczka i unikając patrzenia na praliny w czekoladzie, pomogła Manuelowi wstać i wyjść z wanny. Mleczna czekolada potrzebowała tylko chwili, by utworzyć twardą skorupkę. Dziewczyna krzyknęła „achtung!” i owinęła mężczyznę workiem, nim ten ponownie krzyknął „was ist daaas??”.
Niuta była w siódmym niebie, gdy odpakowała swój prezent. Maniek zdążył co prawda zlizać czekoladę z ust, brody i czubka nosa, jednak reszta jego ciała pokryta była słodką, brązową mazią. Podskakując i kwicząc z ekscytacji, sięgnęła do kieszeni i rzuciła w Koteczkę okularami Gaby, w ogóle nie patrząc w jej kierunku.

Gaba nie potrzebowała ani chwili, by rozpoznać postać z rysunku.
- ależ to Malina!
- Malina? – spytała niepewnie Koteczka, chowając kartkę do kieszeni – kim ona jest?
- a cholera ją wie. Przychodzi tutaj, błagając o powrót naszej byłej gwiazdy, Merlina. Pisze do niego listy! Od jego odejścia nie chce patrzeć na rozkładanie nóg, nawet moich… - zasmuciła się Gaba i chętnie przyjęła papierosa od empatycznej Koteczki
- wiesz gdzie mogę ją znaleźć?
- jest popularna w mieście, ale nikt nie wie gdzie mieszka. Chyba znam osobę, która mogłaby cię dalej pokierować…

Wspomniana Malina w owym czasie przemierzała Górę Zagłady, wynajętą na tę okazję przez Duśkę. Samotna wędrówka do Krainy Rozpaczy nie służyła jej. Pośród bezkresnych skał i beznadziejnej szarości, niewiasta kroczyła coraz mniej pewnie, wahając się, czy wykona zadanie. W końcu padła na kolana, podnosząc znany już zeszyt do góry i wrzeszcząc:
- MEEEEEEEEEEEEEERLIIIIIIIIIIIIN!

CDN