RATUJ SIĘ KTO MOŻE!
Słońce właśnie wznosiło się nad krainą Poland-Polska, gdy do każdej pary uszu dotarła zatrważająca wiadomość:
- CZOCHER ZDAJE DZIŚ EGZAMIN NA PRAWO JAZDY!
Na te słowa w miasteczku zapanował popłoch. Kierowcy szybko wjeżdżali swoimi samochodami do garażu, młodzież gimnazjalna pospiesznie gasiła niedopalone papierosy, a matki przerażone wyciągały swe pociechy z piaskownicy.
Czocherowi nie brakowało pewności siebie w tym jakże pięknym dniu. Dobiegła na parking podskakując. Przy samochodzie czekał już brzuchaty mężczyzna w średnim wieku – pan Hieronim.
- wsiadać! – zarządził i zamknął z hukiem drzwi, uderzając Czocherka w nos, który nabrał koloru śliwki. Dziewczyna powoli rozpoczęła manewrowanie pojazdem i z piskiem opon ruszyła przed siebie.
Igas, jak co rano uprawiała jogging, przystając gdzieniegdzie, by rozciągnąć swe stare mięśnie. Wrzask ze słuchawek skutecznie zagłuszył w tym dniu nawoływania o nieubłaganej zagładzie, więc nieświadoma niczego niewiasta beztrosko biegła i śmiała się do całego świata. Wtedy usłyszała dźwięk, który zelektryzował wszystkie jej kiszki. Pisk opon, warkot silnika, heavy metal z radia i wrzaski pana Hieronima przebiły się przez mroki słuchawek Igasa. Dziewczyna szybko zaczęła kalkulować w myślach. W mgnieniu oka podliczyła dni, bynajmniej nie w celach antykoncepcyjnych. Tak, nadjeżdża Czocher.
Nie wiedząc gdzie się podziać, Igas stanęła na drodze z otwartą buzią. Na szczęście refleks Czochera zadziałał i zdołała ona wyminąć żywą przeszkodę. Pan Hieronim był pod wrażeniem.
- jedziemy dynamicznie, co? – spytał wesoło i podkręcił radio. Dzisiaj słodka jak miód radiostacja królowej Agnieszki serwowała muzykę pasującą do tego dnia. Dudnienie perkusji i gitar roznosiło się echem po całej Poland-Polsce.
- No, tu mnie nie zabije! – ucieszyła się So cute dumna ze swego pomysłu. Przebierała łopatką tak szybko, że migusiem wykopała dla siebie luksusowe schronienie. Była właśnie na etapie opuszczania drabiny do schronu, gdy zza zakrętu wyjechał szalony Czocher manewrujący jeszcze bardziej szalonym samochodem. So cute, tak samo jak Igas, nie mogła ruszyć się z miejsca. Jej chytry plan został zduszony w zarodku. Czocher nadjechał zbyt szybko. Pęd powietrza zawirował So cutką tak zwinnie, że biedna wpadła do wykopanego schronu bez pomocy drabiny.
Nieświadoma zagrożenia była również Marchewka. Po upojnej nocy z pięknym samczuchem jedyne dźwięki, jakie dochodziły do jej uszu to „Marchewko, wolisz soczek z malin, czy truskawek?”. Błogosławieni, którzy są nieświadomi. Spijając ostatnie krople truskawkowego nektaru, Marchewka porwała kluczyki do swego nowego ferrari. Sprawy same się nie załatwią!
Uśmiechając się błogo, sięgnęła do radia wybierając ulubione nagranie. Była to oczywiście symfonia Bacha. Dziewczyna odpaliła silnik i wyjechała z garażu.
Nucąc dźwięki ulubionej symfonii, mknęła leśnymi drogami nie przypuszczając, że może stać się tragedia. Szalony Czocher mknął prosto na nią.
- HAMUJ! – krzyknął pan Hieronim w trosce o swoje życie.
Czujna Marchewka ominęła zagrożenie, a Czocher, choć nacisnęła hamulec, z czocherową gracją uderzyła w drzewo.
- co ja teraz zrobię?? – nasza bohaterka ze łzami w oczach złapała się za głowę
Na szczęście pan Hieronim miał niecny plan.
- Czocher, wszystko w porządku? – zaniepokojona Marchewka opuściła swe ferrari, by udzielić pierwszej pomocy.
- pani Marchewko! Czocher jest ranna! Proszę mi pomóc! – krzyczał pan Hieronim i machał każdą kończyną.
Marchewka, jako dobra niewiasta przystąpiła do akcji ratunkowej. Wyciągnęła z samochodu koleżankę, którą pan Hieronim zdążył już owinąć bandażem.
- TERAZ! – na umówiony znak Czocher uderzyła Marchewkę w głowę stalową rurką. Kobieta osunęła się na ziemię, a uczestnicy egzaminu prędko wsiedli do jej czerwonego ferrari i odjechali z miejsca zdarzenia. Egzamin wciąż trwał.
Czerwone ferrari Marchewki wraz z chytrą załogą dotarło do centrum miasteczka. Pech chciał, że tego dnia Malina postanowiła wyprowadzić Merlinka na spacer.
- Merlinku, nie rwij tak! Malinka nie poluzuje smyczy, o nie! – świergotała przejęta Malinka przechodząc ze swym ulubieńcem przez pasy. Wtedy nadjechała czerwona zagłada z Czocherem na pokładzie. W przypływie paniki, kandydatka na kierowcę zwolniła prędkość pojazdu.
- Merlinku, ratuuuuuuuuuuj! – krzyknęła Malinka i puściła smycz. Prędkość samochodu była zbyt niska, by z Maliny została bezkształtna masa. Dziewczyna wylądowała na masce i przez czystą jak okna na wiosnę szybę patrzyła prosto w oczy szalonego Czochera. Bohaterka niestety pomyliła pedały i zamiast zatrzymać się, dodała gazu. Malina krzyczała przerażona, a Merlin, jak zawsze posłuszny, biegł za samochodem ignorując niewygodną smycz.
- Maliiiiiinkaaaaaa! – nawoływał
- Merlinie! Żegnaaj! – pełna rozpaczy Malinka wyciągnęła rękę w geście rezygnacji.
Czocher nadal nie ogarniała sytuacji.
Wreszcie zbliżała się umówiona meta. Szloch Maliny, ryk silnika, symfonia Bacha i wrzaski Hieronima mieszały się w jedno. Czocher zawyła beznadziejnie i z determinacją nacisnęła hamulec. Ferrari, podatne na jej komendy zaparkowało dokładnie w wyznaczonym miejscu, gdzie stał już komitet powitalny. Zmęczony Merlin również dobiegł do mety, ale to Malinka dyszała, schodząc niepewnie z maski. Czocher wyszła z samochodu i wraz z populacją miasteczka postanowiła wysłuchać werdyktu pana Hieronima
- niniejszym ogłaszam iż panna Czocher… zdała egzamin na prawo jazdy! Gratuluję!
Miasteczko odetchnęło z ulgą. Już nigdy nie będą musieli uczestniczyć w kolejnym egzaminie Czochera. Zewsząd polał się szampan i wino. Atmosferę świętowania przerwała jednak Carolli:
- zaraz… przecież teraz ona będzie jeździć!
Miasteczko zamarło z przerażenia.
Koniec.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz