Pucu pucu, myju myju.
- długo jeszcze będziesz szorować tę podłogę? Ten dźwięk mi przeszkadza! – rzekła zła siostra numer jeden, pijąc swą jadowitą jak ona sama herbatkę.
- już kończę! – odparła zdyszana Dobi, wstając z trudem.
- nie zapomnij o śniadaniu, robię się głodna! – zła siostra numer dwa wyciągnęła nogi na stół i rozkoszowała się widokiem zapracowanej dziewczyny. Złe siostry nie były prawdziwymi siostrami Dobi. Były parszywym gratisem w pakiecie z ich jeszcze bardziej parszywą macochą, która zagięła parol na jej ojca, gdy mama dziewczyny pożegnała się z tym światem. Dziś Dobi nie miała lekkiego życia. Każdego dnia wstawała o piątej rano, by napalić w piecu, wyszorować podłogę, zrobić siostrom śniadanie (macocha stosuje dietę lekką-fit), posprzątać, pozmywać, zrobić zakupy, posprzątać, umyć okna, poodkurzać, podać obiad, pozmywać… reszty się domyślacie.
Pewnego dnia jednak, do domu naszej bohaterki przyszło imienne zaproszenie na wielki bal. Podniecone siostry poprosiły swą matkę o pozwolenie na udział.
- ależ oczywiście, moje drogie. Jesteście najpiękniejsze i najmilsze na świecie! Idźcie, a nuż książę zakocha się w którejś z was! – zapiała zachwycona mama-Agnieszka do swych robaczywych córek
- tak, tak! – zawtórowała jej siostra numer jeden-Czocher i zatopiła się w fantazjach na temat uroczystości.
- potrzebuję nowej sukni! – tupnęła ze złością siostra numer dwa-Dusia i jej wzrok od razu powędrował ku biednej Dobi – Ty mi ją uszyjesz!
Nie było wyboru. Alternatywą był jedynie szlaban na jedzenie i oddychanie. Zaradna Dobi przywdziała więc białą pelerynkę i porwała koszyczek z pieniędzmi. Ruszamy na poszukiwanie tkaniny!
Droga do miasta wiodła przez las. Dobi pokonywała ją w podskokach, ze śpiewem na ustach. Nie podejrzewała nawet, że tuż za rogiem mieszka zły wilk czyhający na jej cnotę.
- Ani kroku dalej! – warknął wilk-Merlin śliniąc się obficie – co tam masz w maj… koszyczku?
- tylko pieniążki na tkaninę, nic więcej… - odparła szczerze Dobi, bez cienia strachu
- a może masz coś innego, co wilk-Merlinek by przekąsił, co? – zaśmiał się donośnie
- mam okulary po dziadku, daltonisto. – to mówiąc, wskazała na swą białą jak śnieg pelerynkę i już miała sprzedać napastnikowi zdrowego kopa, gdy zza krzaków wyskoczyła dziewuszka w czerwonym okryciu.
- wilku-Merlinku, hop hooop! Mam dla ciebie kiełbaski! – krzyknął Czerwony Malinowy Kapturek, wskazując na koszyczek.
- no to sobie pojemy. – wilk-Merlin oblizał się ze smakiem i ruszył w stronę dobrze wyposażonej dziewczynki.
Nasza bohaterka dotarła w końcu na bazar. Przebierając w tkaninach dla sióstr nuciła sobie tylko znaną melodię, gdy jej uszy zarejestrowały kolejną rodzinną kłótnię.
- nie znasz się! Ja zbuduję z drewna, będzie jak w lesie! – zachrumkała dumna z pomysłu Marchewka
- terefere, z drewna. To drogo! Ja wolę zainwestować w słomę, wtedy będę miała pieniądze na inne przyjemności! – fuknęła Igas, kręcąc ogonkiem.
Ryjek Megi wyrażał tylko politowanie.
- róbcie co chcecie. Ja kupuję cegły! – to mówiąc, odeszła w kierunku sklepu budowlanego, a jej kręcony ogonek kiwał się na boki.
Zaskoczona Dobi przetarła oczy ze zdumienia. Gadające świnki? W dodatku jedna z nich ma zielone włosy…
- to się nazywa delirium. – stwierdziła miła staruszka przechodząca obok – mam skuteczną odtrutkę, chcesz?
Oczom Dobi ukazało się najczerwieńsze jabłko, jakie w życiu widziała.
- chciałabym… ale nie mam pieniędzy. – powiedziała nadal zszokowana widokiem świnek Dobi.
- ten egzemplarz możesz mieć gratis – rzekła staruszka i schowała jabłko do koszyczka Dobi
Dziewczynka nie wiedziała co o tym myśleć. Nigdy nie ufała nieznajomym, w dodatku od tej zalatywało kulami na mole… Załatwiwszy sprawunki, bohaterka postanowiła wrócić do domu, w którym czekały już poirytowane siostry i macocha.
- gdzie ty się podziewałaś? A nasze sukienki? – syknęła Dusia
- kupiłam najdroższy i najlepszy materiał na bazarze. Zaraz zacznę szyć.
Tak też zrobiła. Spod jej ręki wyszły trzy piękne kreacje. Brzoskwiniowa dla Dusi, błękitna dla Czochera i krwistoczerwona dla macochy-Agnieszki. Dziewczęta wybrały swoje wyjściowe pantofelki i były już gotowe na bal. Śmiejąc się szyderczo, machały Dobi z taksówki.
- wreszcie mam trochę spokoju. – sapnęła dziewczyna siadając na kanapie
- niedoczekanie twoje!
- kto to powiedział? – zdziwiła się Dobi – może powinnam zjeść to podejrzane jabłko na delirium…?
- ani mi się waż! – krzyknęła mała postać w bieli zeskakując z parapetu
- kim jesteś? – warknęła poirytowana kolejną ingerencją obcych Dobi
- to ja, twoja matka chrzestna! – zaśmiała się perliście Carolli, ukazując białe zęby. – chcesz wiecznie siedzieć w tym domu, jak jakaś niedojda, czy może zabawić się na balu?
- ale nie mam w co się ubrać, o transporcie nie wspominając.
- zdradzę ci pewną tajemnicę. W szkole nazywają mnie McGyver. Znajdź mi kawałek cegły, sznurek, patyk i małą miskę. – szepnęła konspiracyjnie Carolli
Dobi była sceptyczna. Uznała jednak, że nieznajoma nie da jej spokoju, jeśli dziewczyna nie spełni jej prośby. Zebrała zatem wymagane przedmioty i rozłożyła je na trawniku przed domem.
- teraz nie patrz! – zarządziła Carolli.
Dobi posłusznie odwróciła się plecami do Carolli, która tworzyła coś z prawie niczego. Po chwili została poproszona o odwrócenie się.
Dziewczyna zaniemówiła. Zobaczyła najpiękniejszą suknię z kolekcji Marii Antoniny w komplecie z limitowanymi pantofelkami. Na drodze zaś stało nowiutkie Porsche wysadzane diamentami. Za kierownicą siedział oczywiście przystojny szofer w ciemnych okularach.
- baw się dobrze. Tylko nie zapomnij wrócić przed północą! – zachwycona swym osiągnięciem Carolli mrugnęła porozumiewawczo.
Dobi posłusznie wsiadła do samochodu i pomknęli w stronę zamku króla.
Warto wspomnieć o pewnym incydencie, który zdarzył się w drodze na bal. Mknąc przez znajomy las, Dobi zauważyła biegnące postaci.
- ratuuunkuu! – kwiczała świnka-Marchewka przebierając kopytkami
- odejdź precz wilku! – chrumkała przerażona świnka-Igas
No tak. Domki Marchewki i Igas zostały zniszczone przez wilka-Merlina. Drewno i słoma nie stanowiły dla niego żadnej przeszkody. Dobi o złotym sercu postanowiła im pomóc, lecz jedynym przedmiotem pod ręką było jabłko, które dostała na bazarze. Nie namyślając się długo, wycelowała.
Jabłko trafiło wilka-Merlina w głowę.
- dostałem jabłko! Ale smakowite… - i już po chwili nie było nawet ogryzka.
Świnki pochowały się w lesie, a Dobi nie odjechała jeszcze zbyt daleko, gdy magicznie zatrute jabłko zaczęło działać. Twarz wilka-Merlina nabrała koloru zgniłej zieleni. Jedynym ratunkiem były pobliskie krzaczki.
- wilku-Merlinkuu, idziemy na baal? – zaświergotała radośnie Malinka, machając koszyczkiem
- Malinkoo, to chyba nie jest dobry moment. Mam niestrawność! – wilk-Merlinek już żałował pogoni za świnkami – nie masz przypadkiem w swym koszyczku herbatki dla chorego wilka?
Tymczasem panna Dobi dotarła na bal. Zabawy i hulanek było aż zanadto. Na scenie szalał nieokiełznany duet. Niuta darła się do mikrofonu, tańcząc taniec-połamaniec, ku wielkiej radości Manuela, gitarzysty. W końcu para udała się na parkiet, puszczając uprzednio ckliwą balladę z taśmy.
Na sali był tego wieczoru jeszcze ktoś.
Widząc zniewalająco piękną dziewczynę o niemal królewskim obliczu, jego serce zabiło mocniej i szybciej. Podszedł więc do Dobi, prosząc ją do tańca. Dziewczyna, skrępowana nieco, zgodziła się.
Para przetańczyła cały wieczór. Ich walce i tango zdobywały brawa całej sali. Fokstrota jednak oddali wilkowi-Merlinowi i Malinowemu kapturkowi, którzy uporali się już z niestrawnością i przybyli na bal. W chwili przerwy młodzi postanowili zwilżyć nieco usta, wyschnięte od ciągłych rozmów na przeróżne tematy. Sącząc drinka, dziewczyna zauważyła dwie postaci u szczytu schodów.
- Maniu, dziubaasku, chodźmy na górę! – zniecierpliwiona Niuta ciągnęła rękaw swego oblubieńca
- fraulein Niuta, jeszcze nii! – Manuel marudził niczym zaaferowane zabawą dziecko
- ale Maniu, już prawie północ! – w tym momencie zegar zaczął wybijać godzinę.
Przerażona Dobi przypomniała sobie słowa Carolli i spostrzegła, że jej suknia zaczyna się topić. Nie żegnając się z Księciem, który poszedł po kolejne drinki, dziewczę uciekło z zamku, gubiąc pantofelek.
- ach, cóż za bal! – rozpływała się macocha-Agnieszka.
- maamo! – tupnęła ze złością Dusia – totalny niewypał. Książę tańczył tylko z jakąś wypindrzoną lalą!
- ja się tak nie bawię! – zawtórowała jej Czocher i zaczęła gorzko łkać.
Dobi, polerując kafelki, przysłuchiwała się zamieszaniu. Była dumna z wywołanego zamieszania. Nie spodziewała się tylko jednego – Książę we własnej osobie postanowił przemierzyć królestwo, by odnaleźć towarzyszkę wieczoru.
W końcu zawitał do domu Dobi.
- witamy w naszych skromnych progach. Dobi, zrób księciu kawy! – rozkazała macocha-Agnieszka
- chciałem panie prosić o przymierzenie tego oto pantofelka! – zakomunikował książę – moja towarzyszka na balu uciekła w pośpiechu i zgubiła bucik.
- ja pierwsza!!! – krzyknęła Duśka, popychając Dobi i Czochera. Niestety, pantofelek nie pasował na Dusię, która miała płaskostopie.
- może wobec tego panna Czocher? – spytał nieśmiało Książę. Stopa Czochera była jednak zbyt szeroka i nie mieściła się do pantofelka.
- dosyć tego, teraz ja! – krzyknęła macocha-Agnieszka i przysiadła na stołku do przymierzania. Kobieta usiłowała wcisnąć pantofelek tak mocno, że prawie pękł, po czym spektakularnie zeskoczył spod napierającej stopy.
- jak widzę, jest jeszcze panienka Dobi! – stwierdził Książę, nie tracąc nadziei.
- coo? – twarz Czochera wyrażała niezmierne zdziwienie – przecież to tylko nasza służka!
- właśnie, w dzień balu całą noc wyszywała nam skarpetki! – oznajmiła równie zdziwiona Dusia.
Dobi z satysfakcją zajęła miejsce na stołku, a Książę przyodział jej stopę w bucik.
Pantofelek pasował jak ulał.
Dusia, Czocher i macocha-Agnieszka zapowietrzyły się.
- panno Dobi, wreszcie panią znalazłem! – rzekł wzruszony Książę.
- jak śmiałaś?? – oburzone siostry przekrzykiwały się
- a to ci dopiero! – spostrzegł wilk-Merlin, zaglądając przez okno
- jak romantycznie! – wtórowała mu Malinka
- Maniu, kup mi takie buciki! – zachwyciła się przechodząca nieopodal Niuta
- gratulujemy pannie Dobi! – kwiknęły trzy świnki
- makaron…- znudzona zamieszaniem Dobi przeciągle ziewnęła.
Panna Dobi wyszła za Księcia i para zamieszkała w pałacu z wielkim ogrodem. Bohaterka szybko przywykła do władzy i zemściła się na złych siostrach i macosze, nakładając na lud wysokie podatki. Wyciągając wnioski z przygody świnek, nakazała każdemu obywatelowi wybudować dom z cegieł, których była wyłączną importerką.
I żyli długo i szczęśliwie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz